BURZLIWY AUTOSTOPOWICZ

Wpisy

  • środa, 25 czerwca 2014
    • Pokraczny walc wiedeński

       

      źródło: www.urodaizdrowie.pl

       

       

      Budząc się w gruzach 
      Chodząc po szkle
      Sąsiedzi mówią, że jesteśmy kłopotem
      Cóż, ten czas już minął
      (...)
      Powstaję jak feniks 
      Z popiołów, szukając 
      bardziej niż zemsty, kary 
      Zostałeś ostrzeżony 
      Jak się przemienię 
      Jak się odrodzę

      Muzyka areną polityczną 
      To treść utworu Conchity Wurst pt. „Rise like a phoenix”, który okazał się przepustką do zwycięstwa w tegorocznym konkursie Eurowizji, jego słowa brzmią niczym przestroga, dla całego konserwatywnego środowiska. Ów konkurs został określony przez liberalne środowiska za „test europejskości”, czyli wszystkiego tego, co rozumiemy przez tolerancję, wolność, pluralizm...
      Conchita Wurst to stworzone alter ego przez wokalistę o prawdziwej tożsamości Thomas Neuwirth – to już wszyscy wiemy. Walka pomiędzy liberałami a konserwatystami weszła już nawet do muzyki, która wydawało się, że jest ponad podziałami. Trudno się jednak dziwić takiemu stanowi rzeczy, Eurowizja to przedsięwzięcie finansowane przez między innymi subwencje rządowe wielu państw europejskich, która na wiele możliwych sposobów stara się promować genderyzm. Podczas finału konkursu galę prowadziło dwóch mężczyzn, a bohater wspomnianej edycji, mógł się na niej znaleźć tylko dlatego, że telewizja ORF, która zrezygnowała z publicznych selekcji, wewnętrznie wybrała reprezentanta na Konkurs Piosenki Eurowizji 2014. W mediach nie brakowało również głosów o sfałszowanym głosowaniu. O poziomie artystycznym i wokalnym tego wydarzenia, nie warto się rozpisywać, bo każdy sam widzi w jakim kierunku ewoluował konkurs Eurowizji (warto cofnąć się do początków, jak choćby do wspaniałego wykonania Edyty Górniak, która zajęła wówczas drugą pozycję). 

       

      Niemcy wcale nie lepsi
      Polsce i Polakom zarzuca się brak tolerancji? 
      - Nie przeczę, że Tom Neuwirth (Conchita Wurst) ma niezwykły głos. Ale czy to dzięki temu wygrał konkurs? Nie żartujmy, wygrał dzięki swojej transgresyjnej manifestacji, dzięki wezwaniu do obalania barier (zniewoleń?), które wedle tej ideologii czynią nasz świat nieznośnym. (...) skoro nie zachwycam się jego manifestem, staję się automatycznie dla p. Środy homofobem, reakcjonistą i co tam jeszcze. - Pisał Roman Graczyk na stronie internetowej wpolityce.pl, krytykując ciąg myślowy prof. Magdaleny Środa, osobistości, która wsparła kampanię wyborczą do Europarlamentu „Europy Plus Twój Ruch”. 

      Niemcy są jedną z lokomotyw Europy hołdujących pryncypia związane z tolerancją do transseksualizmu, pluralizmu i innych przymiotów liberalizmu - jej brak, obłudę i hipokryzję obnaża jednak Günter Wallraff – niemiecki reportażysta „wcieleniowy”, gdzie m.in. w książce pt. „W nowym wspaniałym świecie”, ukazuje Niemców jako zgoła inne społeczeństwo, niż to, do którego przyzwyczailiśmy się dzięki mass-mediom. Dziennikarz opiniotwórczego „Die Zelt” wcielił się m.in. w bezdomnego, czy Somalijczyka i na każdym kroku doświadczał przykrości, odrzucenia, ludzkiej podejrzliwości, a wszystko to w nowym wspaniałym świecie.
       

      Prater - najstarsze wesołe miasteczko na świecie

      Wiedeń i walka z AIDS
      Będąc 31 maja w Wiedniu w odwiedzinach u starego dobrego znajomego, natknąłem się na festiwal „Life Ball”, jeden z największych i najbardziej spektakularnych corocznych imprez charytatywnych na świecie, przyciąga duże zainteresowanie międzynarodowej uwagi. Głównym priorytetem w spotkaniu jest jednak nie tylko żywiołowy obchód imprezowiczów lub spektakularne występy na żywo, ale przede wszystkim walka z AIDS. Na ulicach Wiednia aż roiło się od transseksualistów, a piwo zza lady polewały „kobiety w brodach”. Scena wystawiona została pod samym ratuszem, a parlament wywiesił gigantyczną czerwoną wstążkę na kolumnach swojego gmachu, która jest symbolem walki z AIDS. Dzień przed tym wydarzeniem, znajomy relacjonował mi koncert Conchity Wurst na świeżym powietrzu, zorganizowany w podzięce dla Austriaków za wygrany konkurs Eurowizji. Jakie było jego zdziwienie, gdy nagle wszystko zamieniło się w jeden wielki marketingowy event – co prawda wejście było nieodpłatne, ale zewsząd sprzedawano brody, które ochoczo przyodziały nawet kobiety w sile wieku. Wszyscy wniebowzięci, świętowali to jako wielki sukces, jako dzień zwycięstwa nad nietolerancją... Sam wokalista, wedle słów mojego ziomka, pokusił się na zaśpiewanie pięciu kawałków, z czego pierwsze trzy pod rząd, to firmowe już „Rise a like phoenix”, a następne dwa, to covery Celine Dion, co również pokazuje kunszt artystyczny Conchity.

       

      Czerwona wstęga na parlamencie - symbol walki z AIDS

       



      Bułka w kształcie penisa
      Podczas festiwalu „Life Ball”, również każdy z nas mógł podziwiać walory wokalne gwiazdy Eurowizji, ale także poddać się konsumpcyjnej otoczce. Zgłodniałeś? W sprzedaży pieczywo w kształcie penisa. Szukasz pamiątki? I tego nie zabrakło, wszystko oczywiście w charakterze mocnych podtekstów erotycznych. Podczas festiwalu nie mogło zabraknąć światowej śmietanki, w tym Billa Clintona, Mel B, Lindsay Lohan, Leona Lewis, Courtney Love. W tunelach metra, na telebimach przesuwają się wiadomości, pomiędzy informacją o zaginięciu człowieka w Alpach Styryjsko-Dolnoaustriackich, a zamieszkami w Stambule, pojawia się postać Conchity Wurst, która wygłasza apel o większą empatię wobec ludzi jemu podobnymi. Po takich doświadczeniach wiem, że trudno się nie zgodzić z nielubianym przez prozachodnie media Władimirem Putinem, który słusznie zauważa, że Zachód jest słaby, zdemoralizowany, że zajmuje się głównie homoseksualistami, a nie żadnymi wielkimi sprawami, że przeżywa ciężką dekadencję, a UE jest tworem sztucznym i wcześniej czy później się rozpadnie...

       

       

      Koncert muzyki klasycznej na telebimie widziany oczami kloszarda



      Pokraczny, bo...
      Kiedy w Wiedniu po raz pierwszy zatańczono walca w obecności dworu, reakcje były różne – damy ostentacyjnie opuściły salę balową, uważając publiczne obejmowanie się w tańcu za niemoralne. Inni sugerowali, iż ciągłe wirowanie w walcu może wywoływać różnego rodzaju choroby, a nawet prowadzić do śmierci. Pomimo tych zastrzeżeń, do połowy dziewiętnastego wieku walc wiedeński stał się nieodłączną częścią balów na dworach prawie całej Europy, z wyjątkiem Anglii oraz Szwajcarii, gdzie długo wzbraniano się przed nim. Tytułowy "pokraczny walc wiedeński" jest zatem alegorycznym nawiązaniem do kilku rzeczy, na które zwróciłem uwagę ostatnim czasem. Po pierwsze: "pokraczny", bo za sprawą Conchity Wurst o której wspomniałem, znów jesteśmy świadkami przekraczania pewnych norm, barier. Po drugie: walc wiedeński, bo właśnie stamtąd wywodzi się ów artysta i to tam nasunęła mi się całą refleksja związana z obłudą poszczególnych Europejczyków. I wreszcie po trzecie: bo podobnie jak walc wiedeński, tak i austriacki zwycięzca konkursu Eurowizji, początkowo może szokować, dziwić, ale z czasem może już się na tyle oswoić w świadomości ludzi, że tego typu transgresja zacznie być czymś bardzo powszechnym.

       

       

      Giuseppe Verdi - aleja gwiazd 
       


      Od lewej stoją: Filip, Paweł, ja i Adrian 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      yazido-zizou
      Czas publikacji:
      środa, 25 czerwca 2014 11:17
  • środa, 04 czerwca 2014
    • Na hokeju u Łukaszenki (cz. 2)

      „Latvija! Latvija!”
      Faza grupowa - mecz Łotwy z Finlandią (10 maja o godzinie 16.45 lokalnego czasu) – Mińsk Arena zaskakuje swoją wielkością, świetną organizacją i atmosferą – zewsząd rozbrzmiewają okrzyki „Latvija! Latvija!”, kibiców tych drugich, jest znikomy procent – Suomi (czyli po prostu Finlandia) do końca drugiej tercji ku niezadowoleniu Łotyszy wciąż prowadzą 2-1. Przyznam szczerze, że pomimo mojego kompletnego braku zainteresowania tą dyscypliną sportu, daję się wciągnąć w hokejową gorączkę, fotografuję się z kibicami, na przerwach chłonę nozdrzami każde uderzenie w bęben, a dynamiczność akcji na lodowisku nikogo nie pozostawia obojętnym – to po prostu wciąga i daje sporo radości. W końcowym rozrachunku Łotyszom udaje się wyjść zwycięsko (3-2) po emocjonującej końcówce i decydującej bramce zawodnika o nazwisku Artūrs Kulda. Wraz z ostatnim gongiem, kibice eksplodowali, maskotka żubr o imieniu "Wołat" (czyli bohater) przyodziana w strój hokeisty żwawiej porusza się na trybunach obściskując i całując wszystkich dookoła.

       

       

       

      Nad naszymi głowami, w centralnym punkcie lodowiska, telebimy do znudzenia powtarzają najciekawsze momenty meczu, jeszcze przed opuszczeniem areny, zawodnicy znajdują czas na podziękowanie kibicom i następuje wspólne odśpiewanie hymnu Łotwy. Po wyjściu, wszystkich zastaje deszczowa pogoda, ale to nic – Mińsk przygotował mnóstwo atrakcji zarówno w specjalnie przygotowanych miasteczkach dla kibiców, jak i w zamkniętych pomieszczeniach. W autobusie spod areny pomiędzy Łotyszami, usiadło dwóch Finów z nietęgimi minami, jakie było jednak ich poruszenie, gdy jeden z obywateli kraju nadbałtyckiego poklepał smutnego kibica wyciągając jeszcze do niedawna wizytówkę potęgi elektronicznej skandynawskiego narodu – telefon komórkowy Nokia... Przypomnijmy, że Polska do tej imprezy się nie zakwalifikowała.

       

      Witamy na Białorusi! 

       

       

      (…)

      Mistrzostwa wygrali Rosjanie z Finami, brąz trafił do Szwedów. Najlepszym bramkarzem został Siergiej Bobrowski z Rosji, obrońcą Seith Jones (USA) i napastnikiem, król strzelców Rosjanin Wiktor Tichonow.

       

       

       

       

      Między Bogiem a prawdą
      W Mińsku czy Brześciu, podczas tego krótkiego pobytu nie zwróciłem uwagi na nic niepokojącego. Świetna organizacja, wiele atrakcji dla sympatyków tego sportu. Mnóstwo miejscowej Milicji, nie uraczyłem nigdzie bezdomnego, żebraka, zataczającego się pijanego mężczyzny. Droga pędząca do stolicy dwu a miejscami nawet trzypasmowa. Toalety wzdłuż niej – kafelkowane, czyste, z muzyką w tle... Na ulicach czysto jak nigdzie indziej, w tunelu podziemnym metra, dostrzegłem nawet kobietę czyszczącą bruk mokrą szmatą! Co prawda z językiem angielskim nawet u młodych obywateli Białorusi jest na bakier i gdyby nie wszechobecni wolontariusze, musiałbym sporo się nagłowić w celu odnalezienia kawiarenki internetowej (którą było mimo wszystko znaleźć niezwykle trudno), czy pocztówek. Sam Mińsk również nie zachwyca swoimi walorami turystycznymi, ale z pewnością warto tu zajrzeć, aby obejrzeć dom Stanisława Moniuszki, kościół św. Szymona i Heleny, Ratusz i katedrę katolicką, czy Stare Miasto.

       

       

       

      Katedra prawosławna, zbudowana jako katolicki kościół

       

       

      Jeżdżąc autostopem po Białorusi często pytałem „a co z Waszą demokracją, wolnymi mediami?”, Białorusini zawsze odpowiadali: - Ukraina ma demokrację i co z tego? Wy macie demokrację i też macie nie najlepiej. Łukaszenka oddał całe swoje życie za kraj i wycisnął tyle, ile z niego dało. Mamy dobre drogi, skoszone pola, czysto, teraz Mistrzostwa Świata, bezpłatną edukację. To prawda, że mało zarabiamy, bo raptem ok. 200-300 euro miesięcznie, czy pół tysiąca euro w Mińsku, ale żaden inny polityk nie potrafiłby zrobić niczego więcej, a mógłby tylko zepsuć to, co już zostało zrobione...”.

       

      Ratusz

       

       


      Metro

       


      Kościół św. Szymona i św. Heleny

       

       

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Na hokeju u Łukaszenki (cz. 2)”
      Tagi:
      Autor(ka):
      yazido-zizou
      Czas publikacji:
      środa, 04 czerwca 2014 10:05
  • wtorek, 03 czerwca 2014
    • Na hokeju u Łukaszenki

      Jedziesz do Białorusi, czemu? Bo tak! Bo Białorusini organizują najważniejszą imprezę w historii swojego kraju - Mistrzostwa Świata w Hokeju na Lodzie, które rozpoczęły się 9 maja, a 25 maja zakończyły. W polskich mediach o sukcesie organizacyjnym ostatniego niedemokratycznego państwa  Europy nie mówi się wcale. Znów wszyscy mieszają politykę ze sportem i wolą akcentować jedynie przypadki zatrzymań siły opozycyjnej. Sam przewodniczący Parlamentu Europejskiego Jerzy Buzek wystosował specjalny list w którym opowiadał się za bojkotem imprezy, wyliczając niedemokratyczne przymioty kraju Łukaszenki. Tymczasem ktoś, kto miał przyjemność odwiedzić w tym czasie stolicę Mińsk, czyli miasto goszczące najlepsze reprezentacje świata, mógł odnieść zgoła odmienne wrażenie od tego, co mówi się o tej imprezie. Bilet na mecz Łotwy z Finami otrzymałem za pośrednictwem poczty elektronicznej dzięki uprzejmości Andrzeja Budnika, za co jestem bardzo wdzięczny.

       

      Na zakupy do "Biedronki"
      Przejście graniczne pokonuję pociągiem z Terespolu do Brześcia. Nim to jednak następuje, mam przyjemność spędzić kilka godzin we wspomnianym Terespolu. - Kiedyś była tutaj tylko łąka, w przeciągu kilku lat, jak na Białorusi wzrosły ceny, wszystko zaczęło się budować, sklepy, centra handlowe... - opowiada mi jeden z szoferów. Zupełnie jak w śpiewanej piosence zespołu Golec Uorkiestra pt. „Ściernisko”. Terespol jest pięciotysięcznym miasteczkiem nadgranicznym położonym nad Bugiem, w polskiej części Polesia Brzeskiego w województwie lubelskim. W Terespolu znajdują się kolejowe i drogowe przejścia graniczne z Białorusią. Można więc śmiało rzec, że Polacy świetnie wyszli na wzroście cen w kraju, gdzie i tak się już nie przelewało... Dzisiaj można tam uraczyć drogerie: "Rossmann" i "Natura", zjeść w tureckiej gastronomii , czy zachwycać się ultranowoczesnym międzynarodowym dworcem kolejowym.

       

       

       

       

       

      Nie igraj z dyktatorem
      Jedyne państwo w Europie, w którym wciąż dokonuje się kary śmierci. Amnesty International bije na alarm! - Oleg Ałkajew, dyrektor więzienia nr 1 w Mińsku w latach 1996-2001, opowiadał Amnesty International w 2009 r. o egzekucjach wykonywanych na Białorusi - "Więźniowi zasłania się oczy i wiąże ręce za plecami. Następnie jest przetrzymywany w osobnym pokoju. Zmusza się go do uklęknięcia i oddaje strzał w głowę, trwa to sekundę. Nie pamiętam przypadków, w których więźniowie próbowaliby się bronić. Ich wola została uprzednio złamana. Są na granicy szaleństwa. Wiedzą, że umrą, ale nie mają pojęcia ile czasu im zostało. To może być pięć minut albo piętnaście." czytamy na oficjalnej stronie organizacji. Rodziny skazanych nigdy nie są informowane o dniu wykonania egzekucji i miejscu pochówku bliskiej im osoby. Ponad 400 osób zostało już straconych od momemntu, gdy Białoruś jest suwerennym państwem (od 1991 roku). Ten obraz pokutował na każdym kroku w większości zwiastunów tej imprezy. Polskie Radio ma na portalu społecznościowym Facebook nawet swoją podstronę „Raport Białoruś”, gdzie na bieżąco przypomina polskim obywatelom o łamaniu praw człowieka na Białorusi.

       

      Lenin w betonowym płaszczu

       


      A w tunelu stacji metra, znów Lenin...

       

      Więcej niż futbol
      Piłka kopana jest bez wątpienia najpopularniejszą dyscypliną sportową na globie, są na szczęście jeszcze takie państwa, gdzie hołduje się inne – jak na Białorusi – zimowe sporty. Białoruś odkąd cieszy się swoją niepodległością, nie odnosiła znaczących sukcesów w klubowej lub reprezentacyjnej piłce. Do największych można uznać udział Bate Borysów w Lidze Mistrzów w sezonach 2011/2012 i 2012/2013 (faza grupowa), czy wydanie na świat Aleksandra Hleba – byłego zawodnika VFB Stuttgart, Arsenalu Londyn oraz FC Barcelony. W kraju Łukaszenki rządzą dwie inny dyscypliny - biathlon i właśnie hokej na lodzie, to w nich osiągają oni spektakularne sukcesy, a popularność ichniejszych bohaterów - Andrieja Skabiełki (najlepszy strzelec w historii kraju oraz były szkoleniowiec) czy Aleksandra Makrickiego (najwięcej występów w reprezentacji), nie ustępuje ani trochę na Białorusi gwiazdom futbolu pokroju Lionel Messi czy Cristiano Ronaldo. Białoruscy hokeiści zajęli 4. miejsce w Zimowych Igrzyskach Olimpijskich, które odbyły się w Salt Lake City. Jednak na ustach całej Białorusi po Igrzyskach Olimpijskich w Soczi jest biathlonistka Daria Domraczewa, która zdobyła aż trzy indywidualne złote medale olimpijskie: w biegu pościgowym, biegu indywidualnym na 15 km i biegu masowym na 12,5 km.

       

       

       

       

      Bezwizowa Białoruś
      Mistrzostwa Świata rozpoczęły się fazą grupową 9 maja, a całość odbywała się Mińsku, gdzie wybudowano dwa lodowiska: Mińsk Arena - jedna z największych aren wielofunkcyjnych w Europie, mogących pomieścić 15 000 widzów. Podczas turnieju w hali odbyły się dwa ćwierćfinały, oba półfinały i mecze decydujące o medalach. Drugą halą jest Czyżouka Arena, to wielofunkcyjny obiekt o maksymalnej pojemności 9600 miejsc. Jest to 78. turniej o złoty medal mistrzostw świata w którym uczestniczy 16 narodowych reprezentacji. Białoruś, by wyjść naprzeciw zagranicznym gościom na codzień potrzebującym wizę wprowadzili bezwizowy ruch na terytorium ich republiki w okresie od 25 kwietnia do 31 maja. Jednak warunkiem wjazdu dla kibiców było posiadanie oryginalnego lub elektronicznego biletu. Mnie przyszło pokonać międzynarodowe kolejowe przejście graniczne w Terespolu, skąd udałem się do Brześcia. Po drugiej stronie witali mnie serdeczni i mili celnicy, którzy żywo pytali na który mecz jadę, komu kibicuję, a na pytanie o to, co kryje moja walizka, odpowiedziałem jedynie, że konserwy z jedzeniem. Po wypełnieniu obowiązkowego meldunku (bez konieczności wskazywania na polisę ubezpieczenia zdrowotnego), naprzeciw wyszła śliczna wolontariuszka biegle mówiąca w języku angielskim, która obdarowała mnie ulotkami informacyjnymi, mapami i innymi rzeczami, które mają na celu ułatwić mi pobyt w kraju dyktatora. Poza tym wartym podkreślenia jest fakt, że przybysze z zachodu udający się na MŚ mieli specjalnie przygotowaną osobną bramkę graniczną, co umożliwiało sprawniejsze dopełnienie obowiązków formalnych, tymczasem tuż obok nas – w innej bramce, Białorusini musieli się gnieść by postemplować swój paszport.

       

       

       

      Śliczne, uśmiechnięte i skore do pomocy wolontariuszki :) 

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      yazido-zizou
      Czas publikacji:
      wtorek, 03 czerwca 2014 23:07
  • wtorek, 06 maja 2014
    • "Stampa" na kanonizacji (część druga)

       

       

      Jan Paweł Święty!
      Na Placu Świętego Piotra podczas obchodów kanonizacyjnych wedle szacunków Stolicy Apostolskiej wzięło udział około 800 tysięcy wiernych z całego świata. Podczas mszy było 150 kardynałów i 700 biskupów, w sumie mówi się nawet o 7000 duchowych. Papież Franciszek wyniósł na ołtarze swoich poprzedników Jana Pawła II i Jana XXIII.. Z Franciszkiem przy ołtarzu byli jeszcze trzej kardynałowie: Angelo Sodano i Giovanni Battista Re, czyli bliscy współpracownicy papieża Polaka oraz Stanisław Dziwisz, jego wieloletni sekretarz. Oficjalna polska delegacje zaprezentowały najważniejsze osoby z naszego państwa - prezydent Bronisław Komorowski, prezes Rady Ministrów Donald Tusk, marszałkowie: Ewa Kopacz i Bogdan Borusewicz, byli prezydenci Lech Wałęsa i Aleksander Kwaśniewski, szef opozycji Jarosława Kaczyński, czy Jacek Kurski z Solidarnej Polski. Na Placu Watykańskim zameldowało się aż 94 oficjalnych delegacji, wśród nich przewodniczący Rady Europejskiej Herman Van Rompuy i przewodniczący Komisji Europejskiej Jose Manuel Barroso, czy prezydent Włoch Giorgio Napolitano. Pojawił się jednak ktoś jeszcze – Kostarykanka Floribeth Mora Diaz, która przez wstawienniczą modlitwę do JP II, cudownie wyzdrowiała z tętniaka mózgu. Już na samym początku , przekazała ona relikwie obu kanonizowanych papieży, zewsząd zauważalny był podniosły i uroczysty charakter całego wydarzenia. – Z wielka miłością pozdrawiam pielgrzymów z diecezji Bergamo i Krakowa! Umiłowani, uczcijcie pamięć dwóch świętych papieży wiernie realizując ich nauczanie – mówił do zgromadzonych na Placu Świętego Piotra papież.. Bezpieczeństwa przez cały czas strzegła Gwardia Szwajcarska, policja i wolontariusze.

       

       

      W walce o „dobry” posąg
      Sama kanonizacja, to niełatwe przedarcie się przez tłumy ludzi – niekoniecznie związanych z zawodem dziennikarza, pokonawszy kilka bramek – tuż przed wejściem do kolumnadę, natrafiamy po raz kolejny na kontrolę naszego bagażu, następnie wraz z duchownymi, politykami (właśnie tuż obok przechodzi szef opozycji Jarosław Kaczyński ze służbami BOR) i gryzipiórkami, w końcu możemy udać się na balkon kolumnady Berniniego, która jest zwieńczona attyką z posągami aż 140 świętych. To za którym posągiem znajdę się ja, nierozerwalnie wiąże się z dostępem do dobrego miejsca na fotografowanie i śledzenie uroczystości. Jeden z kamerzystów wciąż nie może pogodzić się, że jego koleżanka po fachu zasłania jemu kąt padania obiektywu kamery na papieża Franciszka, bo ta bowiem, ma jedynie niewinny aparat cyfrowy i wciąż musi się wychylać. Dziennikarz z Ameryki Łacińskiej stara się w tym całym chaosie nagrać „setkę” dla swoich widzów. Pierwsza próba kończy się fiaskiem – zaciął się, pomylił lub zapomniał tekstu. Druga już jednak wychodzi jemu bez zarzutu. Są i polskie media, te najbardziej opiniotwórcze, ale i te, które zajmują się jedynie swoim lokalnym środowiskiem – jak my. Część z dziennikarzy dzięki funkcji radia w telefonie słucha w swoim ojczystym języku równoległej transmisji. Każdy, który zbyt późno przybył, musiał obejść się ze smakiem i stanąć pokornie z tyłu balkonu. Katolicy – dziennikarze, podczas przyjęcia przez wiernych na Placu Św. Piotra Komunii Świętej, nie chcą być gorsi i na chwilę zapominają o swojej roli, by godnie przyjąć sakrament.

       

       

       

       

       

      Papież dziękował mediom
      Podczas uroczystości na niebie pojawiło się wiele chmur, ale ostatecznie nie doszło do żadnych opadów deszczu, choć tłum wiernych tworzył piękną kolorowa mozaikę złożoną z parasoli. Całość odbywała się w rożnych językach, takich jak łaciński, grecki, włoski, angielski, czy częściami w języku polskim, jak chociażby drugie czytanie z Pierwszego Listu świętego Piotra Apostoła. Następnie odśpiewano hymn „Regina Coeli”. Po mszy, delegaci rożnych pastw świata podchodzili do papieża Franciszka, aby pochylić się nad nim i zamienić z nim kilka slow. Na końcu Ojciec Święty udał się do swojego papamobile, gdzie robiąc „rundkę” wokół wiernych zaczął pozdrawiać tłum ludzi. Zgromadzeni tylko kilkukrotnie nieśmiało próbowali skandować „papa” podczas całej uroczystości, jednak słowa argentyńskiego papieża były często nagradzane brawami. – Moje pozdrowienie kieruje do wszystkich pielgrzymów – tu, na Placu Świętego Piotra, na sąsiednich ulicach i w innych miejscach Rzymu, a także tym, którzy łączą się z nami za pośrednictwem radia i telewizji. Dziękuję tez kierownictwu i pracownikom mediów, którzy dali wielu osobom możliwość uczestniczenia. Szczególne pozdrowienie niech dotrze do chorych i osób w podeszłym wieku, którym nowi świeci byli szczególnie bliscy – kontynuował papież.

       

       

       

       

      Po kanonizacji
      Jak już emocje opadły, wśród pielgrzymów widoczne były oznaki zmęczenia podróżą i całymi obchodami. Jedna z kobiet krzyczy w słuchawkę informując o nieszczęściu, jakie spotkało towarzysza podróży z ich grupy - kompan wylądował w szpitalu. Niejeden spoczął, siadając pod jednym ze Świętych usadowionych na Kolumnadzie Berniniego. Ktoś opryskliwie zwraca się do swojej małżonki, ktoś inny nie może pogodzić się z tym, że dostęp do grobu Jana Pawła II jest już niedostępny, bo godzina zbyt późna. Klnie w wniebogłosy i nerwowo wydzwania do polskiej ambasady... We znaki daje się również deszcz, który zmusza ludzi do szybkiego znalezienia schronienia dla siebie, co potęguje u wielu ludzi frustrację, wielu z nich, gdy już takowe znajduje, wciąż jest „na muszce” wszechobecnych sprzedawców różnych kiczowatych zabawek i pamiątek, którzy nieustannie starają się wcisnąć swój produkt.

       

       

       

      Watykan w strugach deszczu i śmieci...
      Burmistrz Rzymu Ignazio Marino słowa dotrzymał – długo przed obchodami kanonizacyjnymi stwierdził, że te wydarzenia będą dla władz miasta priorytetowe i potraktują organizację ich niezwykle poważnie. Tuż po, gdy już cały tłum ludzi udał się w swoim kierunku, Plac Św. Piotra i jego okolice zamieniły się w jedno wielkie śmietnisko, zewsząd można było zobaczyć spiętrzoną prasówkę, którą rozdawano pielgrzymom kilka godzin wcześniej. Poza nią, nietrudno było się potknąć o butelki po wodzie (4 mln przygotowanych na tę okazję), zdeptane ubrania, pozostałości z plecaków oraz wiele innych śmieci. Jednak służby porządkowe natychmiast zaczęły wypełniać swoją powinność, czyli sprzątać wszystko co znalazło się na kostce brukowej na bruku Placu Watykańskiego.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      yazido-zizou
      Czas publikacji:
      wtorek, 06 maja 2014 21:23
    • „Stampa” na kanonizacji (część pierwsza)

       

       


       


      Rozdarty na trzy

      Trzy role przyszło mi pełnić podczas tej wycieczki – tradycyjnie już - autostopowicza, ale także katolika i dziennikarza, bowiem udało się uzyskać akredytację na obchody kanonizacyjne Jana Pawła II i Jana XXIII. Do teraz znajomi nie mogą zrozumieć, że „Nowiny Krapkowickie” w osobie Mateusza Burzyńskiego mogły ramię w ramię z ogólnoświatowymi mediami relacjonować tak ważne wydarzenie dla milionów Polaków. Szczerze? Ja też wciąż nie mogę w to uwierzyć, to z pewnością jedno z cenniejszych doświadczeń w moim życiu.

       

       

      Ekspres-stop
      Podczas pierwszej włóczęgi autostopowej, sprzed trzema laty, również do Wiecznego Miasta, pokonanie dystansu z Polski do Watykanu zajęło mi ok. 4 dni. Tym razem miałem więcej szczęścia – w pierwszą stronę ruszając we wtorek (tj. 22.04) po godzinie 13.00 spod zdzieszowickiego Orlenu, wylądowałem w miejscu docelowym już w czwartek (tj. 24.04) wieczorem. Powrót również okazał się rewelacyjny! Wyjeżdżając z centrum metrem i lokalnym pociągiem na samą prowincję, skąd zabrała mnie następnie Włoszka prosto na stację benzynową znajdującą się bezpośrednio na autostradzie. Stamtąd po niespełna 20 minutach zatrzymuje się Polak na dębickich rejestracjach z podwójną naczepą – mam transport prosto do Polski, jednocześnie biję rekord pojazdu, który zabiera mnie za jednym zamachem przez jak najdłuższą liczbę kilometrów – około 1350! W środę wieczorem (tj. 30.04) się w Katowicach, skąd nie mam żadnego połączenia pociągiem do „Zdzichów”, ale znów sporo szczęścia – w tunelu dworca, spotyka mnie koleżanka, która wracała z pracy, pozwala mi przenocować u siebie i nad ranem jestem znów w domu.

       

       

       

      Kto śpiewa, dwa razy się modli
      Tysiące Polaków, w tym prezes Rady Ministrów Donald Tusk, wicemarszałek Sejmu Cezary Grabarczyk, prymas Polski Józef Kowalczyk, metropolita krakowski Stanisław Dziwisz, władze samorządowe z Krakowa, Wadowic i innych miejsc województwa Małopolskiego na dzień przed celebrowaniem obchodów kanonizacyjnych uczestniczyli w koncercie Stanisława Soyki, który wraz z zespołem Affabre Concinui – uświetnił ten wyjątkowy wieczór w kościele Nuova (Chiesa Nuova).

       

      Sto lat dla Dziwisza
      - Piękne słowa, piękna muzyka i piękny kościół i piękne to, ze mamy zaszczyt was tutaj wszystkich dzisiaj gościć – tymi słowami wprowadzono gości, którzy przybyli na „Tryptyk Rzymski”. Stanisław Soyka świetnie wpisał się w klimat atmosfery, a miejscami mistyczny charakter koncertu udzielał się przybyłym, którzy przy zamkniętych powiekach chłonęli każde słowo artysty. – Kto śpiewa, modli się dwa razy – to dewiza Soyki, która stara się w pełni realizować od lat. Prowadzący nie zapomnieli również złożyć życzeń urodzinowych biskupowi Stanisławowi Dziwiszowi, który 27 kwietnia – czyli w czasie obchodów kanonizacyjnych skończył 75 lat. Biskup i bliski wieloletni przyjaciel Ojca Świętego w kilku słowach starał się opowiedzieć tłumowi o relacjach jakie łączyły go z Karolem Wojtyła.

       

      Tańczyli „Poloneza”
      Na Piazza Navonie Polacy tańczyli w rytm muzyki góralskiej, pieśni religijnych, ale także wykonali „Poloneza”. Ze względu na okoliczności i duża liczbę zgromadzonych mszę wraz z Eucharystią przeniesiono z wewnątrz kościoła świętej Agnieszki na jego schody. – To jest wyjątkowy dzień, pamiętajcie Jan Paweł II wciąż powtarzał Nie lękajcie się, szczególnie wy młodzi, wiem, ze jest tutaj dzisiaj z nami – mówił koncelebrujący msze polski dominikanin. Na tym samym placu, odbyła się także w języku polskim transmisja z mszy i kanonizacji, Polacy mogli przyglądać się wydarzeniom na specjalnie przygotowanym do tego telebimach.

       

       

       

       

      Msza czterech papieży
      Na ulicach Watykanu wszyscy zbroją się w cierpliwość i zajmują dobre miejsca, aby być w centrum całych wydarzeń. – Papież jest dla mnie autorytetem, co prawda nie miałem nigdy okazji zobaczyć Ojca Świętego, czego bardzo żałuję. Urodziłem się tego samego roku, gdy postrzelono papieża (1981 rok, przyp. Red.). chciałem tutaj przyjechać autostopem, ale ostatecznie zabrakło mi odwagi, wiec przyleciałem samolotem – mówił Krystian Sikora mieszkający nieopodal Legnicy. Przypomnijmy, że kanonizacja błogosławionych papieży Jana XXIII i Jana Pawła II jest wydarzeniem historycznym. Wzięli w niej udział dwaj żyjący papieże - panujący obecnie Franciszek i jego poprzednik Benedykt XVI, który przed rokiem abdykował i przeszedł na emeryturę.

       

       

       

      300 tysięcy wolontariuszy
      Chaos, ścisk i istne szaleństwo spowodowane obchodami kanonizacyjnymi, tak pokrótce można streścić to, co się dzieło w Watykanie na kilka chwil przed kulminacja. Wokoło mnóstwo namiotów, karimat czy śpiworów, które zalały okolice Stolicy Apostolskiej. Jednak nie wszyscy spali, wielu ludzie śpiewało przez cala noc, modliło się lub czerpało pełnymi garściami panujący tutaj klimat. Nad bezpieczeństwem prócz służb mundurowych czuwało niespełna 300 tysięcy wolontariuszy. W rożnych źródłach mówi się nawet o tym, ze Policja była przebrana za osoby duchowne, aby bliżej przyglądać się bezpieczeństwu ludzi. Pod naciskiem tłumu, niestety dosyć często dochodziło również do zasłabnięć ludzi, na posterunku jednak przez cały czas były służby medyczne, które starały się monitorować wszystko, co się dzieje wokoło.

       

       

      Ok! I'm ready
      Biuro Prasowe Stolicy Apostolskiej ukryte w Auli Pawła VI kryje w sobie labirynt przejść, pokoi i miejsc, gdzie stacjonowali dziennikarze, którzy zameldowali się z całego świata na obchodach kanonizacyjnych papieży Jana Pawła II i Jana XXIII. Na słynnej Via Conciliazione – czyli po prostu ulicy Pojednania upamiętniającej Traktat Laterański, nieopodal Placu Św. Piotra w jednym z budynków znajdowało się biuro akredytacyjne, gdzie każdy z żurnalistów miał obowiązek odebrać swój dokument. - Ok! You're ready. - oznajmiła mi sympatyczna kobieta, mówiąca kilkoma językami, gdy stałem w kolejce do budynku. Dzięki temu panował większy porządek, każdy już przed samym wejściem wiedział, czy spełnił wszystkie obowiązki formalne związane z uzyskaniem dokumentu. W pokoju odbioru legitymacji, moją uwagę zwraca Polka siedząca za biurkiem, która widząc, że ma naprzeciw siebie swojego rodaka, prosi o artykułowanie słów w języku ojczystym. W biurze trzeba jeszcze tylko uiścić wpłatę 10 euro i już można cieszyć się pięknie laminowaną legitymacją z wizerunkiem Świętego Piotra i wzmiankami watykańskimi. Kolor złota jest dla „stampa”, czyli gryzipiórków.

       

       

       

      Kanonizacja w 3D
      W sercu biura prasowego znajdowały się telebimy na których mogliśmy śledzić na bieżąco to, co działo się w świecie i tuż za naszą ścianą, czyli na Placu Watykańskim. Przed wejściem do wrót auli, wciąż kłaniał się jeden z karabinierów. Chwilę po tym, wewnątrz budynku, czekała nas już kontrola bagaży rodem z terminalu, gdzie maszyny prześwietlają nasz ekwipunek. Mini bufet, wciąż dodawane broszurki z aktualizacjami obchodów kanonizacyjnych. W przyciemnionej sali można także śledzić uroczystości, ale w trójwymiarze, na stoliczku porozstawiane są okulary 3D. Dziennikarze ze wszystkich szerokości geograficznych drukują, piszą, wgrywają, nagrywają, rozmawiają przez telefon i robią to co do nich zależy, czyli informują swoich słuchaczy, widzów i czytelników w zależności od charakteru danego medium. Pewien togijski dziennikarz zwraca swoją uwagę - specjalnie na tę odświętną okazję, ubrał okolicznościową koszulę – pstrokatą z wizerunkami obu papieży, którzy tego dnia mają zostać wyniesieni na ołtarze.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      yazido-zizou
      Czas publikacji:
      wtorek, 06 maja 2014 16:02
  • piątek, 10 stycznia 2014
    • Zapomniane imperium wina cz. 1.

      "Duma kogoś, kto urodził się w jednej z kultur pomniejszych, zawsze jest raniona"

      Emil Cioran


      Sylwester w Kiszyniowie.
      Pod uwagę braliśmy trzy opcje: Kosowo, Mołdawia lub Kijów, czyli kolejno drugie najbiedniejsze, najbiedniejsze państwo Europy i stolica potężnej Ukrainy. Padło na Mołdawię. Używam pierwszej osoby w liczbie mnogiej, gdyż swoją gotowość wyraziło również kilka innych osób. Ostatecznie na wyprawę pokusili się Roberto i Olga, którzy poznając się kilkanaście dni przed, za pośrednictwem portalu społecznościowego, jak się później okazało tworzyli idealnie koegzystującą parę włóczykijów.

      Spadająca kiść winogrona
      Mołdawia to praktycznie ostatnia czarna plama na mapie turystycznej Europy. zapytawszy przeciętnego zjadacza chleba w Polsce o to, co wie na temat tego państwa. Możemy się spodziewać co najwyżej względnie trafionego zlokalizowania jej na Starym Kontynencie lub skojarzenia z cudownym winem, w którym przecież lubuje się sama Królowa Elżbieta II. Pod koniec XIX wieku winnice z Purcari zaopatrywały w wino brytyjski dwór królewski. Tradycja ta przetrwała do dziś - królowa Elżbieta II regularnie zamawia butelki z rocznika 1990. - możemy się dowiedzieć zaglądając na stronę internetową biura podróży "Almatur". Zresztą Mołdawianie śmieją się, że kontur ich państwa, na mapie do złudzenia przypomina kiść winogrona. A legenda głosi, że mołdawskie wojska, gdy były w natarciu i wyczerpane ciągłymi walkami, to nad ich głowami przefrunęły bociany z winogronem w dziobie, które im wypadły, dzięki czemu mogli się oni posilić i pokrzepić, a następnie w sposób cudowny pokonać wroga. Pamiętajmy jednak, że jeszcze całkiem do niedawna za  egzotyczne zaliczano takie państwa jak Gruzja czy Czarnogóra, do których dzisiaj Polacy walą drzwiami i oknami. Dzięki procesowi globalizacji, otwarcia nowych destynacji do tych państw przez tanie linie lotnicze oraz dzięki zwiększającemu się poziomowi życia w kraju nad Wisłą coraz śmielej pokonujemy nowe kontynenty, przemierzamy kolejne kilometry i kolekcjonujemy przygody i stemple w paszportach. Myślę, że podobnie będzie wyglądać z Mołdawią, która w ciągu kilku najbliższych lat zacznie wabić swoją egzotyką coraz większą rzeszę backpackersów.

      Sto dziewięćdziesiąt złotych na miesiąc
      Mołdawia to również najbiedniejsze państwo europejskie. Jeden z najlepszych polskich reportażystów ostatnich lat Jacek Hugo-Bader w książce pt. "Biała Gorączka" nie potrafi pojąć bezwzględnych liczb byłej Besarabii: dochód narodowy jak w Pakistanie. Czterysta czterdzieści dziewięć dolarów amerykańskich na mieszkańca, czyli dwa razy mniej niż na Ukrainie, dziewięć razy mniej niż w Polsce i aż o siedemdziesiąt pięć razy mniej niż w Szwajcarii. Na domiar złego Polak wylicza dalej - sto cztery procent inflacji, dwa miliardy trzysta milionów dolarów długów za granicą. Średnia płaca miesięczna to sześćset dziewięćdziesiąt dwa leje (sto dziewięćdziesiąt złotych), a emerytura przeliczając na nasze, to czterdzieści sześć złotych. Średni poziom dochodów społeczeństwa wynosi dwieście czterdzieści jeden lei (sześćdziesiąt osiem złotych) na mieszkańca. To wszystko oznacza, że osiemdziesiąt pięć procent społeczeństwa żyje poniżej poziomu ubóstwa, żyjemy niemalże ramię w ramię (tylko około 300 kilometrów w linii prostej od Polski do Mołdawii) z ludźmi, którzy przez okrągły rok muszą głodować. Reportażysta, ale również wielu innych  zwraca uwagę na wspaniały czarnoziem, który pokrywa aż osiemdziesiąt procent kraju. To wraz z państwami Nadbałtyckimi Litwą, Łotwą i Estonią jedna z najbogatszych republik Związku Radzieckiego, ówczesna kraina mlekiem i miodem płynąca. Kraj dziesięć razy mniejszy od Polski, ale mający tyle winnic co Niemcy (dziewiąty producent wina na świecie). - Największą na świecie piwnicą z winami jest Mileştii Mici, której podziemne korytarze ciągną się przez 250  km, a w nich leżakuje prawie 2 miliony butelek wina. To właściwie miasteczko, po którym można swobodnie jeździć samochodem między beczkami z winem. Winnica oddalona jest o osiemnaście kilometrów od Kiszyniowa. Piwnice można zwiedzać wybierając jedną z wielu tras. Wycieczki trwają od czterdzieści minut do nawet 2,5 godzin - czytamy na stronie travelmaniacy.pl 

      Dokładnie nie wiadomo ilu obywateli liczy sobie Mołdawia, bo po raz ostatni sporządzono tam spis  ponad dwadzieścia lat temu. Szacuje się jednak, że liczą sobie ponad cztery miliony poddanych, z czego aż milion mógł wyemigrować za chlebem gdzie indziej. W Mołdawii przypada również szczyt procederu handlem ludzkich organów do transplantacji, które są organizowane na wielką międzynarodową skalę. W Mołdawii żyje masa ludzi, która pozbyła się jednej nerki lub innego organu, bo jak jej obiecano, otrzyma grupę inwalidzką po powrocie z zabiegu (najczęściej z Turcji czy Włoch), a dzięki niej państwo będzie zmuszone płacić rentę. 

      Co roku dziesięć tysięcy Mołdawianek wpada w sidła handlarzy żywym towarem, którzy w bezwzględny sposób najczęściej katują przez kilka dni, głodują i zamykają kobietę, aby wybić jej ewentualną ucieczkę z głowy. Jacek Hugo-Bader w swej książce wskazuje przykład kobiety, który przez cztery lata ani razu była nie wypuszczana z moskiewskiego mieszkania, do którego bandyci wprowadzali po sześciu, ośmiu klientów każdej nocy. Gdy zaszła w ciąże i urodziła, zabrano jej dziecko, wtedy zdecydowała się na skok z siódmego piętra. Jakimś cudem przeżyła. Do Mołdawii wróciła na wózku. Przeszła dziewięć operacji kręgosłupa.

      Nawet jeśli kobiety trafiają jako pomoc w gospodarstwach domowych, do włoskiej albo tureckiej rodziny, to opiekują się dziećmi i starą matką gospodarza, a przez niego są gwałcone - traktuje się jak niewolnice.

      Pięć stolic
      Aby było ciekawiej, o Mołdawii mówi się również jako o państwie, które posiada aż pięć stolic (śródtytułem zainspirowałem się dzięki portalowi podróżniczemu http://podroze.onet.pl/na-weekend/cztery-stolice-moldawii/lggmz): Kiszyniów - jako administracyjna stolica Mołdawii, Tyraspol jako stolica Naddniestrzańskiej Republiki Mołdawii, która jest określana ostatnim bastionem komunizmu w Europie. Republika jest kontrolowana przez mafijną rodzinę miejscowego "Szeryfa". Do dzisiaj suwerenność Naddniestrza nie jest uznawana na arenie międzynarodowej (jedynie Osetia Płd. i Abchazją z oczywistych powodów opowiedziały się za tą republiką) - informacje łykam dzięki Michałowi Kruszonie, który stworzył niezwykle klimatyczny obraz Rumunii w książce pt. "Rumunia podróże w poszukiwaniu diabła". Jacek Hugo-Bader słusznie w "Białej Gorączce" zauważa, że jest to co prawda republika, której nie uznał żaden kraj na świecie, ale ma wszystkie atrybuty państwa, na czele z hymnem, godłem, flagą, rządem, parlamentem, prezydentem, bankiem centralnym, własną walutą i granicami z posterunkami celnymi...
      Trzecią stolicą Mołdawii określa się Styrczę, czyli wieś położoną w północno - zachodniej części kraju, gdzie znajduje się rzesza Polaków, która jeszcze za czasów świetności wyemigrowała tutaj za pracą, tak - za pracą! określą się ją nierzadko "Małą Warszawą". Czwarta to Komrat, czyli miasto Gagauzji - terenu zamieszkiwanego przez Turków lub bułgarskich prawosławnych. Piątą jest Soroki, która jest stolicą Cyganów. W niej możemy podziwiać najważniejszy punt dla Mołdawian - wielką fortecę wzniesioną za sprawą Stefana III Wielkiego, który jak Mołdawia  długa i szeroka, jest czczony jak Atatürk w Turcji (choć to porównanie akurat pachnie ironią, bo właśnie były hospodar Mołdawii swoją wielkość zawdzięcza przede wszystkim dzięki skutecznym odparciom ataków tureckich wojsk). Fortecę w Soroce odnajdziemy na "dwudziestce" - banknocie mołdawskim. A Stefan III Wielki widnieje na każdym nominale banknotów. 

      Co mnie w takim razie popchało do tego, aby jechać do najbiedniejszego państwa w Europie?
      Właśnie chęć zobaczenia, jak celebrują Nowy Rok najbiedniejsi ludzie Europy...

      Sylwester w Kiszyniowie.

      Przedzierając się kolejno przez Kraków - Przemyśl - Lwów - Czerniowce aż do Kiszyniowa trasa wynosi ponad 1100 kilometrów.

      No i w końcu podróż...
      28 grudnia wydał nam się idealną porą, aby w spokoju dojechać na Sylwestra do Kiszyniowa. Dwa dni po świętach, brzuchy pełne, pogoda nijak kojarzyła się z tym co zwykle zastajemy żegnając stary rok - było dosyć słonecznie i przyjemnie. Start tradycyjnie miał miejsce na Górze św. Anny. Dzisiaj za cel postawiliśmy sobie dojechać o trzysta dziewięćdziesiąt kilometrów do Przemyśla, jednego z najstarszych miast w Polsce. Roberto z Olgą nieco zuchwalej, bo praktycznie stojąc tuż obok autostrady łapią po piętnastu minutach jakiegoś TIR-a. Mnie ta sztuka udaje się dwadzieścia minut później.
      Na ziemi tuż pod nogami spoglądam wałęsa się sztuczna szczęka, przed sobą mam młodego kierowcę, który jest świeżo upieczonym ojcem oraz pijanego, ale niegroźnego teścia Wojtka  -kierowcy.

      - I już masz z kim pić, widzisz - wypala szofer.

      - Dawaj młody, cześć jestem Andrzej. Pijesz ze mną?

      Podniosłem jedynie drugi element do kompletu uzębienia Andrzeja i przekazałem go jemu, a już czekał na mnie kieliszek czystej.
      Andrzej zdawał się gadać bez końca, jego twarz była upstrzona bliznami po trądziku.

      - Spójrz jakie mam silne ręce, no dotknij tutaj - wskazując na swój biceps kontynuował.

      - Jestem stary, ale biceps i łapę mam jak beton!

      Od kierowcy wymagało to anielskiej cierpliwości, gdyż ich wspólna podróż trwałą nieprzerwanie od Frankfurtu, bez snu i odpoczynku, przy ciągłym monopolu Andrzeja...

      Zajeżdżamy do Krakowa, częstują mnie ciastkami.

      Promienie słońca pozwalają mieć optymizm, nadzieję, że kalendarzowa zima nie złamie człowieka gdzieś po drodze.
      Do Rzeszowa zajeżdżam z łysym facetem, który gdyby nie to, że jedzie osobówką, to mógłbym tylko pomarzyć o podwózce.

      - Tyle razy się przejechałem, że już nie zabieram. Kiedyś musiałem nawet wjeżdżać w rów, aby przeżyć. Choćbyś klękał, słaniał się na nogach, nie wziąłbym cię do kabiny.

      Łysawy Pan, jeśli jemu wierzyć, to rzeczywiście miał wiele nieprzyjemnych historii, zdarzyło się, że ktoś go okradł. Wiedzę ogólną miał jednak jak mało kto, co chwila popisywał się, a to wspomniał o jakimś fakcie historycznym, o Mołdawii, o sprawach Unii Europejskiej itd. Miałem z nim przyjemność zajechać aż do Rzeszowa.

      Po przemierzeniu dzisiejszego odcinka, spotykamy się o wyznaczonej porze na Kopcu Tatarskim, gdzie rzucamy się sobie w ramiona. Ludzie tutaj są serdeczni, każdy się szczerze wita podając dłoń, co w naszym regionie jest raczej rzadkością.

      Sylwester w Kiszyniowie.

      Kopiec Tatarski - wschód słońca.

      Na kopcu zimno i wietrznie, ale widok po przebudzeniu na pewno będzie zachwycał.
      Jest dużo śmiechu, Roberto się przeciął na kciuku otwierając krokiety. Rozkładamy namioty i zapadamy w letarg snu.

      Sylwester w Kiszyniowie.

      Już następnego dnia o poranku postanowiłem rozkoszować się pięknem przemyskiej katedry. Moi druhowie ruszyli już w kierunku Ukrainy.

      Sylwester w Kiszyniowie.

      Przemyska choinka przyozdobiona przez jedną ze szkół.

      Do Medyki, gdzie pieszy śmiało może pokonać granicę (w przeciwieństwie do Korczowej, która jest jedynie dla pojazdów), dostałem się o godzinie oscylującej  granicach południa. Celnik po stronie naszego wschodniego sąsiada zagaił:

      - Po co tam jedziesz?

      - Jestem turystą, jadę do Kiszyniowa, stolicy Mołdawii, gdzie chcę zobaczyć jak celebrują Nowy Rok najbiedniejsi ludzie Europy...

      - Po co?!

      - Chcę zobaczyć jak celebrują Nowy Rok najbiedniejsi ludzie Europy.

      Wtenczas, ta piękna Ukrainka pokiwała tylko głową, chcąc mi dać do zrozumienia swoją dezaprobatę.

      (...)

       

      - Tyś nie bandit?

      - Ja? Nie, jestem turystą z Polski - oznajmiam jednemu z zatrzymanych kierowców.

      - Gdzie jedziesz?

      - Jedzie Pan w kierunku Lwowa?

      - Jadę do... (wtenczas spojrzał na moją sfatygowaną mapę z google maps) Czerniowców.

      Sylwester w Kiszyniowie.

      Ukraina, czyli kolorowe domy i piękne cerkwie.

      Lenin w betonowym płaszczu
      Czerniowce to dosłownie około 390 kilometrów! To tam, gdzie mieliśmy się spotkać na swoim kolejnym checkpoincie tego wieczora. To wielkie miasto pachniało już Mołdawią, Mołdawią, gdyż do granicy było raptem już tylko kilkanaście kilometrów.

      Kierowca narzekał na polityków ukraińskich, wydzwaniał do małżonki informując o gościu, który jedzie jego samochodem. Cały tył był obładowany mnóstwem słodyczy i innych artykułów spożywczych.

      - Walczyłem za Ukrainę w Sankt Petersburgu, zostałem postrzelony w dłoń (o chwili pokazuje mi swoją kartę inwalidzką i zniekształconą dłoń).

      Mój szofer popiera działania Witalija Kliczki i spółki, artykułuje problemy jego narodu.

      Wasyl mówi o korupcji, mafii, Doniecku, Donbasie i wszystkim co generalnie źle się kojarzy mieszkańcom "zielonej Ukrainy".

      Po drodze pogoda nie rozpieszcza, jest wilgotno, zimno, kapuśniaczek na zmianę z mgłą i obfitym deszczem.

      Z odtwarzacza samochodowego ukraińskiego kierowcy zaczynają rozbrzmiewać polskie hity pokroju "Żono moja" - radość, gdy potrafi On nie tylko zaintonować, ale zna także słowa kawałka zespołu "Masters".

      W końcu zajeżdżam do upragnionego celu. Wasyl wyrzuca mnie pod samym ratuszem.

      Czas pośredni pomiędzy przyjazdem a spotkaniem się z Robertem i Olgą spędzam na ciepłym i przytulnym dworcu kolejowym. Tam swoim śpiewem szczodrze zaczyna częstować podróżnych na poczekalni pewna grupa ludzi - pięć kobiet i jeden mężczyzna. Są dobrze zorganizowani, mają śpiewniki, a ich śpiewy muszę być czegoś w rodzaju pieśni narodowych, świadczy o tym fakt, że do wspólnej zabawy przyłączają się zupełnie obcy im ludzie. Inni planując swoją podróż, trzymając nos w książce lub swoim kalendarzyku mimochodem nucą znane sobie pioseneczki.

      Wybija godzina dwudziesta pierwsza. A po moich kompanach ani widu, ani słychu. Czekam trzydzieści minut, zgodnie z umową i dalej nic...

      Wtedy też zorientowałem się o jednej rzeczy, wciąż nie mam wymienionej waluty, szwendam się z polskim złoty przy duszy, a tymczasem udało mi się za jednym zamachem pokonać prawie czterysta kilometrów. Zadałem sobie pytanie, śpię gdzieś w centrum, co nie byłoby bezpieczne. Czy idę na peryferia miasta i zostawiam wymianę banknotów na pobliską granicę ukraińsko - mołdawską.
      Spałem na peryferiach.

      Przed samą granicą pejzaż się zmienia z biedy na jeszcze większą biedę, zewsząd jadą furmanki z koniem.

      Sylwester w Kiszyniowie.

      Furmanka na Ukrainie.

      Ludzie starają się dopytać, co przybysz z Polski szuka w ich kraju, dokąd jedzie? Wpierw dwóch mocno podchmielonych mężczyzn, którzy początkowo w pokojowym nastroju, później z chęcią naciągnięcia mnie na kilka dolarów.
      Na swoim rowerze podjeżdża Sergio, który instruuje mnie jak się powinno poprawnie chwytać okazję. Wymieniamy kilka zdań, w końcu mnie opuszcza.
      Godnym uwagi jest dumnie stojący pomnik Lenina i jego ulica, która należy do głównych w miasteczku. W tych rejonach wciąż cieszy się on nie mniejszą estymą jak chociażby Stalin w gruzińskim Gori.

      Sylwester w Kiszyniowie.

      Pomnik Lenina.

      Mołdawski łańcuch pokarmowy
      Jestem na granicy ukraińsko-mołdawskiej, która obrasta legendami z powodu korupcji, która ma tutaj miejsce, jak i zresztą w całej Mołdawii. - Celnicy szabrują na granicach bez miłosierdzia i nie przepuszczają nawet osobom duchowym, ale kiedy na drodze trafią na kontrolę policyjną, mogą być pewni, że potężnie zabulą. Policjant płaci lekarzowi i pielęgniarkom za odebranie porodu żony, a lekarz musi dać łapówę wykładowcy, żeby syn zaliczył semestr. Ale za to kiedy wykładowcy umrze matka, duchowny z cerkwi złupi mu skórę za pochówek. Każdy z tych ludzi oficjalnie zarabia grosze, za które nie jest się w stanie utrzymać. Tak oto powstał niezwykły łańcuch pokarmowy... [...] - znów cytując Jacka Hugo-Badera.
      Udaje mi się jednak przejść bez szwanku, ale natrafiam tutaj na niemiłą niespodziankę. Punkt graniczny nie oferuje zbyt wiele, raptem kilka budek otwartych na krzyż, nie ma gdzie wymienić moich pieniędzy. Głód zaczyna być przejmujący... Zagaił do mnie starszy facet o bystrym spojrzeniu zza okularów, w krzaczastych brwiach. Stoi marszrutka, czyli rodzaj prywatnego busa, który przewozi za drobną opłatę grupę ludzi, niską cenę przepłacamy jednak przeważnie niskim komfortem jazdy i kompletnym brakiem miejsca, coś jak autobusy miejskie w Katowicach, ale w godzinach szczytu. Z tą jednak różnicą, że tutaj pokonujemy nierzadko długi dystans. Celnik sugeruje - pojazd jedzie prosto do stolicy. Tymczasem ja nie mam ichniejszej waluty. Dochodzimy jednak z kierowcą do kompromisu, płacę czterdzieści jednostek w naszej walucie, on wydaje mi z pięćdziesiątki resztę w mołdawskich lei, i w ten sposób, byłem w tanie wyposażyć się w przydrożnym barze zapiekane z serem i mięsem chlebki. W barze zaczepiają mniej trzej obywatele tego niewielkiego państwa. Podają mi nawet kieliszek, tfu! To jest największy kielich jaki widziałem - nie przywykłem ostatnim czasem do picia alkoholu, ale podjąłem rękawice...

      - Słabo, słabo... - odrzekli widząc, że zostawiłem jakąś jedną piątą ich kielicha.

      Chcieli częstować dalej i dalej, ale na mnie czekała opłacona już marszrutka.

      Prócz pustki na granicy moją uwagę zwraca fakt, że na tablicach i oznakowaniach brak było informacji o limicie dopuszczalnej prędkości na autostradach, po raz pierwszy jestem w państwie w którym wciąż nie ma ani jednego kilometra tego typu drogi.

      Na pokładzie busa było ciasno, ale na mnie czekało już miejsce na samym tyle - pośród dwoje dzieciaków - ślicznej dziewczynki i wesołego chłopca w wieku około sześciu do dziewięciu lat. Aby przełamać pierwsze lody witam się na samym wejściu z wszystkimi. Dzieciom z kolei daję jednego placka, są wniebowzięte, od tej chwili aż do czasu, gdy dojadą one wraz z mamą i starszym bratem do swojej wsi, miały mnie one bombardować mnóstwem pytań, a ja wciąż niewiele rozumiałem w języku rosyjskim... Dostaję od nich dwa cukierki i mandarynkę. Wciąż wysiadają i wsiadają nowi podróżni. Facet, który mi pomógł na granicy okazał się być niezłym gawędziarzem zamieniając niemalże ze wszystkimi słowo. Jakiś młodzieniec próbuje zalecać się do młodej kobiety, nie udaje mu się - gawędziarz docina swój komentarz, najwyraźniej o błędach, które popełnił w sztuce flirtu mężczyzna. To się jemu rzecz jasna nie spodobało, odparsknął coś jemu i wysiadł. Nastąpił śmiech załogi, nawet kierowca dorzucił swoje szydercze spojrzenie.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      yazido-zizou
      Czas publikacji:
      piątek, 10 stycznia 2014 00:24
    • Zapomniane imperium wina cz. 2.

      Smutni nawet w Sylwestra
      Dojeżdżam do Kiszyniowa. Stolica wielkości miasta Łódź. Gigantyczne inwestycje w lampki ozdobne i wiele innych, które mają przypominać nam o atmosferze Świąt Bożego Narodzenia, przynajmniej częściowo zabijają depresyjny charakter Kiszyniowa. Miasto ma niewiele od zaoferowania turystom. Ratusz, Narodowe Muzeum Archeologii i Historii, pomnik Stefana III Wielkiego, parki, Łuk tryumfalny na wzór paryskiego i Cerkiew Narodzenia Pańskiego pod którą mamy się spotkać. Jednak symboliczna godzina dwudziesta pierwsza mija, a Robert z Olgą nie dojeżdżają. Pozostaje mi spać kolejną noc w samotności. Robiąc zdjęcia dostrzegam wiele straganów ze słodkościami, winem, herbatą tuż przy pięknie oświetlonym placu spod znaku "Orange", sieć ta postawiła swoją scenę na potrzeby jutrzejszego Sylwestra. Żeby było śmieszniej opodal jej stoi druga scena sieci komórkowej "Moldcell", która będzie zapewne zagłuszać tą pierwszą... W Kiszyniowie stoi szopka, w której trzej królowie mają wytrzeszczone gały.

      Sylwester w Kiszyniowie.

       

      Sylwester w Kiszyniowie.

      Łuk tryumfalny.


      W Cerkwi skupiam się na modlitwie, ale kątem oka obserwuje prawosławnych. - Rumuni (i Mołdawianie dop. aut.) są bardzo religijni. Dumni z chrześcijańskiej przeszłości mówią o sobie, że są "urodzonymi wiernymi". Według starożytnych źródeł św. Andrzej podczas pobytu w Scytii Mniejszej (obecnie Dobrudża) głosił ewangelię ich przodkom, Dakom. Dziś ponad 80% społeczeństwa należy do Cerkwi rumuńskiej, oficjalnie uznanej w 1885 roku. Jest jednym z kilkunastu (ok. 15) Kościołów wschodnich utożsamiających się z pierwszym, tym założonym przez Chrystusa. Opowiedzenie się po stronie prawosławia sprawiło, że pierwszym papieżem, który pojawił się w Rumunii, był dopiero Jan Paweł II (1999 r.) - czytamy w przewodniku wydanym przez National Geographic na temat Rumunii.

      Sylwester w Kiszyniowie.

      Cerkiew Narodzenia Pańskiego.

      Wielu ludzi wchodzi, zapala świeczki tuż obok swoich patronów, Świętych, Najwyższego, Maryi - przed każdym choćby w pośpiechu, w chwili oderwania od pracy i obowiązków, pochylają się i wykonują znak krzyża kilkukrotnie. Wielu z nich robi rundkę wokół ikonostasu, gdzie oddaje właśnie w ten sposób cześć - nikt nie przyklęka, z resztą brak tutaj ław znanych nam z rzymskokatolickiej Świątyni. Dookoła wszędzie piękne ikony Świętych na freskach. Zewsząd także rozmywa się woń kadzidła.

      Sylwester w Kiszyniowie.

       Dzwonnica przed katedrą (Cerkiew Narodzenia Pańskiego w Kiszyniowie).

      

      Z okolic wielkiej choinki postawionej w centralnym punkcie rozbrzmiewają tandetne amerykańskie "jingle", mołdawskich kolęd tutaj nie uraczysz...

      Swoją noc spędzam w rurze, takiej w placu zabaw tuż przy Cerkwi Narodzenia Pańskiego.

      Sylwester w Kiszyniowie.

      Nie wiedzieć czemu, Kiszyniów zimę i święta kojarzy również z pandami.

       

      Nad ranem przebudza mnie chichot kobiet - to sprzątaczki, które widząc mnie lekko się wystraszyły, ale i zapewniły sobie niezłą rozrywkę.

      - Zdrastwujcie! - Wypalam.

      - Dawaj, dawaj - bez oporów odpowiadają, nie pozostaje mi nic innego jak wstać.

      Sylwester w Kiszyniowie.

      Pomnik Stefana III Wielkiego.

       

      W dniu Sylwestrowym wymieniam w końcu pieniądze, dzięki czemu pozwalam sobie pofolgować z zakupami. Turystę atakują wszechobecne kasyna i domy publiczne.

      Sylwester w Kiszyniowie.

      Ja jednak zasiadam w centrum handlowym "Sun City", gdzie daję cynka najbliższym, że jestem cały i zdrów. Olga z Robertem dojeżdżają do granicy, tak udaje mi się wywnioskować z relacji live na Facebooku Roberta. Obchodzę za dnia miasto, podziwiam rękodzieła na miejskim targowisku, gdzie aż roi się od ciekawych rarytasów typu popiersie Lenina, znaczki ze Związku Radzieckiego czy Matrioszki.

      Sylwester w Kiszyniowie.

      - Hare Hare Kryszna...! - śpiewają religijni muzykanci.

      W smutnym Kiszyniowie, Krysznowcy uderzający w bębny, ubrani w piękne stroje i intonujący bez końca imię swojego Boga to nie lada atrakcja. Zamieniam dwa słowa z kobietą rozdającą książeczki traktujące o ich filozofii religijnej.

      Sylwester w Kiszyniowie.

      Będąc pod sceną sieci telefonicznej "Moldcell" odwracam się zamaszyście - odwracam się, gdyż mam wrażenie, że tak smutnego narodu jeszcze nie widziałem. Na scenie Milusińscy poczynający sobie w najlepsze, a ludzie tacy nieobecni. Na scenie muzyka niesie się w najlepsze, a ludzie bez życia. Na scenie początek wielkiego święta, a ludzie ani drgną, co poniektórzy zachęceni do ruchu jedynie przez panujące zimno.

      Sylwester w Kiszyniowie.

       

      Sylwester w Kiszyniowie.

      Ratusz.

      Płać za "Toi Toi"
      Dwadzieścia minut przed dwudziestą pierwszą w oddali widzę niebieską kurtkę i faceta w specyficznej stylowej czapce. To muszą być Oni, pomyślałem. Poznaliśmy się z daleka! Jesteśmy znów razem, będę mógł obserwować ich percepcję, która pomoże mi nieco w całej tej zagmatwanej analizie najbiedniejszych ludzi w Europie. Zakupy, prowiant, McDonald's, dzielenie się tym, co nas spotkało po drodze. Wyprawę bardzo sobie chwalą, Kiszyniów również.

      Legitymują nas policjanci życząc wszystkiego dobrego i prosząc o porządek. Pijemy szamana i piwa mołdawskie (m. in. Chișinău).

      Sylwester w Kiszyniowie.

      W powietrzu bucha piękny pokaz sztucznych ogni. Ludzie są wszędzie pijani, ale nikt z nas nie wyczuwa agresji czy niebezpieczeństwa.

      Sylwester w Kiszyniowie.

       

       

      Sylwester w Kiszyniowie.

      Na scenie "Orange" - Wokalistka Aliona Moon, która reprezentowała Mołdawię podczas Eurowizji w 2012 roku.

       

      Policji jest wszędzie pełno. Po pokazie zorientowałem się, że nawet szalet miejski w stylu "Toi Toi" jest tutaj płatny - niby jeden lei jak stwierdził Roberto, to żaden wydatek, ale jednak niesmak pozostaje.

      Sylwester w Kiszyniowie.

      O pocztówki w stolicy Mołdawii niełatwo. To chyba jedyny punkt w tym czasie w centrum miasta, gdzie można było je kupić.

      Sylwester w Kiszyniowie.

      Po wszystkim ruszamy w kierunku przeciwnym od centrum. Squattersi nie powstydziliby się takiej ruiny jaką znaleźliśmy jako potencjalny przytułek na tą noc. Nie trzeba nawet przechodzić przez płot, furtka jest uchylona. Obok jednak słusznie zauważa Roberto, że stoi dom.

       

      Sylwester w Kiszyniowie.

      - Zapytajmy najpierw może kogoś tam o nocleg - odparł Roberto, któremu uśmiech nie schodził z twarzy, to efekt świeżości autostopowej towarzyszącej podczas każdej pierwszej dalszej wędrówki za jeden uśmiech.

      To był strzał w dziesiątkę! Co prawda nie spaliśmy w środku domu, a jedynie pod ich wiatą, ale nim to nastąpiło zaprosili nas do swojej wilii na kolację Sylwestrową ze wszystkimi dobrami o jakich przeciętny Mołdawianin może tylko pomarzyć - Martini, dania mięsne w najlepszym wydaniu, pyszne ciasta... Roberto postanawia wręczyć prezent w postaci krzyżyka w ramach podzięki za gościnę i serdeczność. Dostajemy nawet propozycję, aby pójść do klubu na imprezę do córki gospodarzy, którzy zdzwonili się w trakcie uroczystości.

      Sylwester w Kiszyniowie.

      Trzy pary dorosłych i poważnych ludzi, którzy już są ustatkowani, i my, śmierdzący na potęgę backpackersi z Polski. W tle naszą uwagę zwraca włączony telewizor i pogramy typu "Talent Show", tym razem w wydaniu rosyjskim. Kilka pamiątkowych zdjęć i wracamy tam, gdzie jest nasze miejsce. Andriej, bo tak się nazywał gospodarz, wręczył nam jeszcze wino czerwone rodzimej produkcji "Cricova". Olga z Robertem mieli opory by ją wziąć, więc spakowałem do swojego plecaka, aby wręczyć ją Lapsikowi po powrocie do kraju.

      Sylwester w Kiszyniowie.

      Nad ranem budzi nas śliczna córka goszczącego nas małżeństwa, która powróciła z zabawy. Wymieniamy kilka zdań i zaczynamy się pakować. Plan to pojechać do granicy z Rumunią marszrutką. Nawet w Nowy Rok jak się później okazało nie było z tym problemu. 

      Sylwester w Kiszyniowie.

      W drodze na dworzec autobusowy.

      Zagotowałem się, niesłusznie, Olga prawidłowo wypomniała mi moją niepotrzebną porywczość, gdy pogniewałem się na kierowcę, który nie chciał abyśmy kupili bilety w kasie, a zapłacili jemu po przyjeździe do Ungheni - niewielkiej miejscowości oddalonej kilkanaście kilometrów od granicy i tylko kilkadziesiąt od Jassy (Rumuni czytają Jaszi), ale o tym miejscu więcej nieco później.

      Sylwester w Kiszyniowie.

      Droga powrotna była skierowana przez kolejno Rumunię, Węgry i Słowację, co daje około 1387 km.

      Gdy już nas dowiózł byłem przekonany, że policzył nas o raz za dużo, tak do własnej kieszeni. Odwróciłem się na pięcie i nie dziękując odszedłem, później na spokojnie jednak moi druhowie wyjaśnili mi, że prócz mnie, nikt wcześniej nie płacił w kasie za przejazd, czyli w sumie podróż kosztowała nas taniej. Uderzyłem się w pierś i przeprosiłem ich za moje zachowanie.

      Sylwester w Kiszyniowie.

      Jassy.

      

      W domu diabła
      Dostajemy się na region Mołdawii, ale jesteśmy już po stronie rumuńskiej, prawdopodobnie najpiękniejszym państwie w Europie. Rumunia ma w sobie wszystko czego potrzeba żądnemu przygód turyście, nieokiełznaną dzicz z największą populacją niedźwiedzi i wilków w Europie. Pasmo Karpat, pięknych gór zapierających dech w piersiach, Może Czarne, wiele pięknych miast, bogatą tradycję, pogańskie obrzędy, cerkwi drewnianych, monastyrów, miejsc nieskażonych turystyką, deltę Dunaju - Ojczyznę wszystkich europejskich gatunków ptaków, enigmatycznych historii rodem z Brama Stokera, typu Dracula, czarownice, duchy... To tutaj mamy do czynienia z najbogatszym folklorem w Europie - pstrokate i kolorowe ubrania wciąż są żywe we wsiach. - Charakter Rumunów układa się w niefortunny i groźny palimpsest, który nie przestaje fascynować pisarzy i dziennikarzy. Na romańską skłonność do melodramatu nakłada się bizantyjska skłonność do intrygi i mistycyzmu, zaszczepiona przez prawosławie oraz stulecia bizantyjskich wpływów politycznych i kulturalnych. Mistyczne usposobienie wzmocnił karpacki pejzaż, mroczny jak puszcza jodłowa, pełen wilków i niedźwiedzi - z niego wyłonił się panteon duchów, zabobony i najbogatszy folklor w Europie [...], w ten sposób o narodzie i Rumunii traktował Robert D. Kaplan w swoim eseju historycznym i genialnym reportażu o resentymentach i genezie problemów na Bałkanach pod tytułem "Bałkańskie upiory". Z kolei Michał Kruszona autor książki "Rumunia podróże w poszukiwaniu diabła", tak oto wspomina zaczątki miłości wobec tego kraju. - W drugiej, może trzeciej klasie liceum kupiłem rozmówki rumuńsko-polskie. Nie dlatego, żebym chciał nauczyć się języka, a tym bardziej nie dlatego, bym wybierał się w podróż do kraju, który zaczynał się niecałe dwieście kilometrów od krańca Bieszczad - mitycznych Sianek, stanowiących wówczas, w 1981 roku, najdalszy zakątek moich "niebiańskich gór", miejsca wszelkich inicjacji. [...] - po czym mijając pierwsze wersy prologu autora czytamy dalej. - Podróże ku wschodzącemu słońcu, z twarzą zwróconą ku Jerozolimie, od wieków intrygowały i inspirowały tych, którzy się na nie ważyli. Ja również wyprawiłem się na Wschód, jednak nie ten daleki, dobrze opisany przez licznych autorów, ale ten bliski, karpacki, naddunajski, którego poznanie jest o tyle trudne, że informacji o nim niewiele, a i to często są one sprzeczne - pisał autor w swym reportażu.

      Święto Wasyla
      Wieczorem pukamy do skromnego domu. Olga władająca świetnie kilkoma językami, z wykształcenia filolog, bez trudu porozumiała się w języku włoskim. Pozwolono nam na rozbicie namiotów pod domkiem...

      Sylwester w Kiszyniowie.

       

      Sylwester w Kiszyniowie.

      Po chwili jednak rodzina zaczyna nas ochoczo zapraszać do środka. Dom rozświetlony był świątecznymi lampeczkami, a u progu niczym obuch, uderzyło nas ciepło - to dosłowne i emocjonalne. Rodzina wyścieliła specjalnie dla nas stół z ich smakołykami, mięso jakiego chyba człowiek jeszcze nie jadł - rozpływało się w ustach. Kieliszek czegoś mocniejszego i coca-cola, której tutaj raczej nie pija się na codzień. Wasyl obchodził dzień wcześniej urodziny, dlatego też z tej okazji, jak i Nowego Roku zjeżdżać zaczęła się rodzina z okolic. Każdy kolejny wniósł coś od siebie. U wejściu kręcąc się i coś podśpiewując rzucano okruchami chleba - ach... :)

      Sylwester w Kiszyniowie.

      Olga tańczy z Wasylem!


      Na przywitanie nawet mężczyźni całują się w policzek, co wyraźnie rozśmieszyło Roberta, mnie już nie dziwiło i byłem gotów stanąć w konfrontacji z tą kulturą. We Francji przywykłem już do tego typu powitań. Nadciąga jednak jedna z głównych postaci o romskiej urodzie z brzuszkiem facet z instrumentem klawiszowym, dzięki czemu spotkanie rodzinne po jakimś czasie zamieniło się w prawdziwą imprezę z tańcami!
      Podjęliśmy pierwszą próbę snu, ale Wasyl obudził i wyrwał z namiotu, jakby nie mógł się pogodzić z tym, że cała uroczystość odbywa się już bez nas. Mnie to nawet siłą postanowił wytargać z namiotu. Wraz z Robertem wróciliśmy. Wcześniej w dosyć nietaktowny sposób mieszkaniec Zalesia Śląskiego określił muzykanta DJ-em, co wywołało wielki niesmak na jego twarzy.

      - Nu DJ, live! - Odpowiedział

      Nad ranem znów posilono nas kawą, herbatą i ciastkiem, skąd w dobrych nastrojach mogliśmy ruszać dalej.

      Sylwester w Kiszyniowie.

      Przegościnne małżeństwo.

      Przedzierając się pieszo z wielkimi plecakami po prawie trzech dniach wspólnych swawol, przyszedł w końcu czas na rozdzielenie się.

      Jednak już pierwszy kierowca, który mnie zabrał a następnie widząc Olgę i Roberta dopytuje się czy ich znam?

      - Si, si! Mi amicii - odpowiadam wedle wskazówek Olgi :)

      Znów jedziemy razem, do Jassy. O niepowtarzalności tego miejsca pisał również w swoich "Bałkańskich upiorach" Robert D. Kaplan. - Od średniowiecza Jassy są najważniejszym miastem Mołdawii, regionu, który graniczy z ukraińskim stepem, za całą ochronę mając niskie pagórze, niby szereg nagich więźniów opierających się lodowatemu wichrowi. W XVIII i XIX wieku miasto było widownią sześciu najazdów rosyjskich. W latach pięćdziesiątych XIX wieku, gdy Bukareszt był jeszcze małym miastem, Jassy były wylęgarnią rumuńskiego nacjonalizmu. To tutaj, w 1859 roku, Alexandru Ioan Cuza ogłosił powstanie pierwszego nowożytnego państwa rumuńskiego. To tutaj w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych XIX wieku mieszkał najwybitniejszy poeta rumuński Mihai Eminescu i to tutaj napisał Satyrę III o cudzoziemcach z "haczykowatymi nosami".

      Cud karpacki
      Od teraz każdy wracał już we własnym zakresie, żadnych punktów pośrednich, żadnych spotkań. Mnie ciągnęło do Polski z dwóch względów - "Młodzi dla Jezusa" w Głogówku, spotkanie miało się odbyć 4 stycznia i 5 styczniowy koncert "POProstu Film" - jego druga odsłona w MOK-u Kędzierzyna - Koźla. Żegnając się, z Robertem, tego dnia postawiliśmy sobie za punkt honoru umycie głowy.

      - A tam głowy, ja tam Buśka dzisiaj wykąpię się cały! - Zuchwale wieszczył Roberto.

      Wstępowałem w najtrudniejszy rejon dla śmiałków, gdzie niedźwiedzie i wilki mówią dobranoc, wstępowałem w pasmo Karpat - nieokiełznanej dziczy. Było biało i zimno.

      Wieczorem jednak zdarza się cud. Po nieskutecznych poszukiwaniach schronienia na noc  w tych spartańskich warunkach, udaje mi się przenocować w hotelu, a raczej w osobnych domkach kempingowych, które oferują w swym wnętrzu takie luksusy jak prysznic, gorącą wodę, lodówkę i telewizor. Tego wieczora po pięciu dniach braku higieny znów moje ciało mogło zasmakować piany, mydła i wody. :)
      Nad ranem w ramach podzięki, zostawiłem kartkę z Kiszyniowa na łóżku.

      Sylwester w Kiszyniowie.

      Kolejnego dnia, o poranku zabiera mnie starsza para małżonków, są świetni - wymieniamy poglądy na wiele spraw. Operują językiem angielskim. Zatrzymują się, bym mógł podziwiać bezkresne Karpaty. Szofer wylicza:

      - Jestem kolekcjonerem modelów samochodów z serii "D'Agostino", mam waszą polską Nysę, Warszawę, Fiata 126p, ale również inne, jak Wołga, Dacia... - rozpływał się w najlepsze.

      Wspomniał także o wielkich polskich Orłach, jak Grzegorz Lato, Zbigniew Boniek, Jan Tomaszewski, Kazimierz Deyna. Nie pozostając mu dłużny zacząłem wymieniać wielkich rumuńskich futbolistów.

      Na koniec kupili mi pâine, czyli chleb. Prosili o to, aby dobrze ich wspomnieć w Polsce. Słowa dotrzymałem.

      Sylwester w Kiszyniowie.

      Kolejny dzień, w którym jestem żądny przygód, ale jednocześnie zdaję sobie sprawę z tego, jak dalekie od realizmu będzie zdążenie na "MdJ" - niestety to już kolejny raz...

      Marząc o kolejnych przygodach...
      Ostatnie dwa dni to przewaga kierowców z Polski i szybki powrót przez Kluż - Napokę, Oradeę i Słowację. Starsi Państwo, którzy zabrali mnie do kabiny TIR-a pomimo nocnej aury. On od 27 lat jeździ na kołem, Ona jego wierna towarzyszka życia, ale i nierzadko w podróży, jak teraz. Za trzy miesiące kierowca przejdzie na emeryturę, gratuluję i w ten sposób dostaję się do Polski. Jestem w Krośnie, gdzie zaczepiam młodego chłopaka o wielkich ambicjach na przyszłość, ale wciąż nie potrafiącego się zdefiniować - Łukasz zamierza pójść na studia prawnicze do Jagiellonki, czego jemu z całego serca życzę. Poprosiłem Go jedynie o wskazanie mi drogi na Jasło, a Ten zaprowadził mnie aż na samą prowincję, gdzie człowiek mógł czuć się bezpiecznie. A propos bezpieczeństwa, to po niespełna dziewięciu dniach podróżowania po najbiedniejszych skrawkach Europy ani razy nie natknąłem się na bezpośrednią agresję skierowaną w moją stronę. Tę dobrą passę przełamali tradycyjnie już Polacy, ale o tym rozwodzić się nie warto, bo to już taka tradycja po powrocie do kraju...

      Sylwester w Kiszyniowie.

      Wielu rzeczy nie napisałem, bo zanudziłbym jeszcze bardziej, wiele kwestii wyleciało z głowy, a jeszcze inne celowo pominąłem zostawiając je jedynie dla siebie. Chciałbym podziękować Robertowi za świeżość, którą wprowadził i radość, którą wnosił i Oldze za znajomość języków, która niejednokrotnie nam ratowała tyłek - dzięki oczywiście także za wspólnie spędzonego Sylwka i miłe towarzystwo! :)

      Sylwester w Kiszyniowie.

      Na Zachód? A może jeszcze dalej na Wschód? Cholera, Północy człowiek jeszcze nawet nie liznął, a może tak pójść na całość i wyruszyć dookoła świata? Człowiek już jakoś tak ma, że w drodze powrotnej, nierzadko mimo zmęczenia, głodu i braku higieny już zaczyna marzyć o kolejnych podróżach.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      yazido-zizou
      Czas publikacji:
      piątek, 10 stycznia 2014 00:20
  • środa, 05 czerwca 2013
    • "Czy to już czas na tusz i szminkę?". Część zerowa.

      Czy to już czas, na tusz i szminkę?

       

      Bałkany w języku tureckim oznaczają dosłownie góry... takim prologiem jednak zacząć nie mogę - nie zamierzam papuzić, kopiować pomysłów Roberta D. Kaplana, który był moim przewodnikiem podczas tej podróży, to on w dużej mierze zaspokoił moją wiedzę na temat historii tego newralgicznego skrawka Europy, to on uświadomił mi o wielu kwestiach, to jego zapiski, sugestie siąknąłem niczym gąbka. To nie była moja kolejna zwyczajna podróż, bo poza podróżą liczyło się tło, po raz pierwszy poza samym docelowym punktem w postaci miasta, miejsca, zabytku - ważni, a nawet postawieni przed szereg byli ludzie.

      Ludzie, ich twarze, zwyczaje, zachowania, wspomnienia, cechy osobowościowe - taka mała analiza psychologiczna, ponad siedemnaście lat po wojnie, jak żyją, jak się odbudowują po tym ciężkim dla nich okresie, czy są w stanie się do siebie uśmiechać, jak śpiewał Bono z zespołu U2 i Luciano Pavarotti w utworze pod tytułem "Miss Sarajevo", czy jest czas, na tusz i szminkę? Czy to już naprawdę ten czas? Chciałem sobie odpowiedzieć na to pytanie. A oto fragment tekstu ów kawałka:

      Miss Sarajewa

      "Czy to jest czas, by trzymać się z dala
      Czy czas, by odwracać swój wzrok
      Czy to jest czas, by z głową spuszczoną
      We własny wpatrywać się krok

      Czy to jest czas na tusz i szminkę
      By włosy układać i kręcić
      Czy to jest czas, by szukać po sklepach
      Tej jedynej, najlepszej sukienki

      Oto idzie
      Wszyscy patrzą w jej stronę
      Oto idzie
      Po swoją koronę

      Czy to jest czas, by iść na okładkę
      Czy czas na słodkie mizdrzenia
      Czy jest tam czas na barw pełną gamę
      Imiona trudne do wymówienia

      Czy jest tam czas na pierwszą komunię
      Na muzykę dla przyjemności
      Czy jest tam czas, by do Mekki się zwrócić
      Czy to czas być królową piękności

      Oto idzie
      Piękność w roli błazna
      Oto idzie
      W tej koronie - absurdalna

      Mówią, że do morza
      Rzeka drogę znajdzie
      Więc ty, jak rzeka
      Na mnie się natkniesz
      Bez względu na granice
      I lądy spragnione
      Mówią, że jak rzeka
      Jak rzeka
      Miłość znajdzie drogę
      Ach, miłość
      Nie umiem już modlitwą służyć
      I w miłości nie pokładam już nadziei
      I czekać na nią już nie umiem dłużej

      Czy jest tam czas na wiązanie wstążek
      Na choinkę i Nowy Rok
      Czy jest tam czas na radość przy stole
      Zapowiada się zimna noc".

       

      Link do utworu: U2 & Luciano Pavarotti "Miss Sarajevo" 

      Dzień pierwszy i drugi

      (Zdzieszowice – Graz - Udine)

      W podróż wybrałem się pod koniec kwietnia gdzie spakowałem po cztery pary skarpet, majtek, bluz, T-shirtów i spodni (krótkich i długich). Do tego czasu dzięki moim skromnym oszczędnościom udało mi się uzbierać dokładnie 540 złotych i 15 euro. Planów konkretnych nie miałem co do miast, stwierdziłem, że jak już się dostanę za Chorwację, która interesowała mnie najmniej, to Bałkany w swoim bogactwie będą średnio co 50 kilometrów oferowały interesujące miejsca. Chciałem pojechać do drugiego najbiedniejszego państwa całej Europy - Kosowa - zgubiłem jednak gdzieś w zgliszczach rupieci - mój paszport, który na dobrą sprawę przekładałem z miejsca na miejsce przez ostatnie pięć miesięcy, czyli od czasu ostatniej podróży do Gruzji.

       

      Pech chciał, że w te majówkę prócz mojego wojażu, w czasie zbiegło się kilka tak zwanych wyścigów autostopowych. (do Skopja, do Werony i do Dubrownika). Na stacjach benzynowych mnóstwo ich, ubrani w niebieskie koszulki wraz z identyfikatorami (Dubrownik), w zielone (do Werony) i do Skopja. Tych ostatnich nie udaje mi się nigdzie spotkać. Chaos, wyścig, walka, jeden przed drugiego, nierzadko nie fair, tworzone listy na kolejki... Tak! Listy, w ten sposób autostopowicze rozwiązują problem zbyt wielkiej ich ilości na danej stacji i w celu zachowania porządku tworzą listy, gdzie każdy czeka swojej kolejki. Dla mnie to się mija się z ideą autostopu, wyścig? - Mamy całe życie, teraz się cieszmy chwilą. Choć to brzmi wszystko bardzo idealistycznie, to tak właśnie to ja traktuję - autostop jako wielka idea pozwalająca mi na ucieczkę od materialnego świata, wyścigu szczurów. Na chwilę po prostu zapomnieć o wszystkim i zatopić się w podróży, włóczędze - wejść wgłąb najciemniejszych zakamarków swojej duszy - taka asceza.

      Prócz zalet związanych z duchowa sferą, znów miałem okazję przełamać strach lub próbować się przynajmniej z nim oswoić. Po raz kolejny mogłem popracować nad sobą, nad swoimi kompleksami, nad marnym angielskim, znów mogłem się otworzyć do ludzi, których kompletnie nie znałem - szanse są równe - oboje jesteśmy tabula rasa - Ty nic nie wiesz o mnie, ja o Tobie, żadnego stereotypowego patrzenia, że ktoś okradł, oszukał, nie pomógł...

       

      Rozkładając się, spoglądam na stację benzynową, jestem we Włoszech, po wczorajszej impotencji pisarskiej, zdecydowałem się w końcu odnotować tę mało ciekawą część podróży. W pierwsze dwa dni zdążyłem przejechać odcinek przez Czechy, Austrię (Wiedeń), Słowenię, by ostatecznie zakotwiczyć się stacji w Udine.

      Nie chcę generalizować, ale włosi najwidoczniej lubują się w pornografii, moją uwagę zwracają kioski wylewające się gazetami z gratisem w postaci płyty DVD, przy stacji benzynowej automat - wrzuć 20 euro, a w zamian dostaniesz film pornograficzny wedle Twojego widzimisię i gustów.

       

      Wczoraj z ciekawych kierowców miałem przyjemność jechać ze znanym - przynajmniej taką wizytówkę dał sobie - producentem hip-hopowym. Facet zna rzekomo Jareckiego, Grubsona i jest producentem Donguralsko. Młody łysawy facet w okularach przeciwsłonecznych właśnie jechał do swojego nowego domku. Część autostopowiczów w Austrii się poddaje popijając i tłucząc wina, inni szukają nowych strategii, ktoś się stresuje, ktoś inny zaprasza do ich kręgu, częstują winem, fajką - grzecznie dziękuję, nie palę.

      Rozmawiamy przez chwilę o filozofii podróżowania autostopem, przedstawiam im swoją perspektywę - są zdziwieni, że jeżdżę sam. W tych dwóch bezpłciowych dniach do ciekawych historii można zaliczyć jeszcze sunięcie po włoskich autostradach karawaną wraz z trzema autostopowiczkami i dwoma Polakami, którzy za zadanie mieli przywieźć nieboszczyka z Włoch do Polski, na szczęście pod wiekiem trumny jeszcze nic nie było...

      Autostop. 

       

      Autostop.

       

      Autostop.

      Dzień trzeci

      (Udine – Crveni Vrh)

       

      Czerwony ryż i szpinak 

      Jem czerwony ryż ze szpinakiem, wieloziarnistym chlebem, a na deser ryż z mlekiem. Cały ceremoniał ma miejsce na tarasie z pięknym widokiem na Adriatyk. Towarzyszą mi trzy psy – Tiger, który jest z początku powściągliwy w okazywaniu uczuć, Vita o sporych rozmiarach z gęstą czarną jak smoła sierścią i przyjaznym usposobieniu i dwumiesięczny psotliwy szczeniak o imieniu Leon. Gdzie może być tak wesoło – oczywiście – tylko u dwojga ludzi żyjących z wyboru , oni akurat praktykują buddyzm. Prócz swoich wegańskich praktyk, dbają o ciało biegając i chodząc na częste spacery. Wieczorami również medytują wydając ze swoich tajemniczych instrumentów (australijskie i indyjskie) dźwięki przypominające raczej lot samolotu gdzieś wysoko w chmurach niż nuty do których przywykłem.

      Duszan – łysawy, ponad pięćdziesięcioletni facet z niewielkim brzuchem i o dość wysokim wzroście, mówiący płynnie w języku angielskim, sam kiedyś dużo podróżował pieszo, pokonując niemały skrawek Europy. Jego małżonka, oaza spokoju, również radząca sobie angielszczyzną nie najgorzej, o szczerym uśmiechu, niczym święty z obrazka, średniego wzrostu nosząca okulary – oboje bili niezwykłą naturalnością, w ich twarzach nie było krzty fałszu, nie potrzebowali żadnych kalkulacji co do tego, by mnie zaprosić, nie omawiali tego wcześniej, nie musieli na siebie spoglądać, nie zamartwiali się pościelą w łóżku, tym czy nowy gość przypadkiem nie sprawi psikusa, ich propozycja zaproszenia do swych progów jakby była dla nich chlebem powszednim. Pozostawili mnie samemu sobie wieczorem, gdzie wpatrywałem się w horyzont Adriatyku.

      Autostop.

       

      Autostop.

       

      Autostop.

       

      Autostop.

       

      Autostop. 

       

      Autostop. 

       

      Więcej zdjęć z wyprawy tutaj:

      Galeria zdjęć

       

      i tutaj:

      Galeria zdjęć2

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      yazido-zizou
      Czas publikacji:
      środa, 05 czerwca 2013 02:04
    • "Czy to już czas na tusz i szminkę?". Część pierwsza.

      Dzień czwarty

      (Crveni Vrh – Rijeka)

       

      Kapelusz w prezencie

      Nad ranem, Duszan czekał już na mnie pod swym domem u wyjściu na zewnątrz, umówiliśmy się na wspólny spacer z psami.

      -Może weźmiesz jednego z nich? Dziś właśnie jedziemy w poszukiwaniu właściciela dla Leona.

      Odparłem, że to niemożliwe, choć początkowo nie kwapiłem się do odpowiedzi, bo byłem przekonany, że Duszan tylko żartuje.

      Moją uwagę zwraca napis na jednej z elewacji - „NO BORDER, NO NATION” - wraz z Duszanem przytakujemy sobie – piękna idea...

      Duszan chodził boso w okolicy, gdzie było czysto i spokojnie. Nikt nawet się nie dziwił jego nawykom.

      -A ty co myślisz, tobie również wydaję się to wszystko dziwne? - Wypalił, gdy zapytałem jego o reakcję sąsiadów.

      Mnie to jakoś bardzo nie dziwiło - wręcz przeciwnie, byłem zainspirowany tym, jak Ci ludzie żyją, w harmonii ze sobą, pracując jako masażyści, zwiedzając świat. Byli Słoweńcami, On próbował mnie jeszcze nakłonić na poranny bieg, ale nie mogłem sobie pozwolić na przepocenie moich ciuchów, zważywszy na nikły kontakt z proszkiem i pralką.

      Tutaj, czas jakby się zatrzymał. Ludzie spokojnie budzą się do życia, ktoś kosi trawnik, jest tu więcej takich jak mój gospodarz – inni też ochoczo z samego rana biegają.

      Po wszystkim Duszan zawiózł mnie jeszcze do miasta, gdzie mogłem wymienić walutę i kontynuować swoją podróż.

      Chorwacja. 

       

      Chorwacja.

       

      Chorwacja. 

       

       

      Zabiera mnie pan w średnim wieku, niemówiący w języku angielskim, ale zachęcający mnie do konwersacji chorwacko-polskiej. Zresztą Polska kojarzy jemu się z samymi pozytywami, wychwala Wałęsę, wspomina naszego papieża, Chorwacja to kraj katolików, czytałem sporo o ich życzliwości wobec naszego narodu.

      W ogólnoświatowych mediach szerokim echem odbijają się dwie informację, pierwsza to Giorgio Neapolitano zostaje wybrany na drugą kadencję prezydencką we Włoszech. Druga, kierowca stara mi się wyartykułować o jakiejś tragedii w Rzymie, gdzie desperat zaczął strzelać do ludzi, raniąc w tym policjantów – szczegółów jednak nie zrozumiałem.

      Chorwacja to jeden z nielicznych państw Europy gdzie dość mocno akcentuje się swoją nieprzychylność wobec idei podróżowania „za jeden uśmiech”. Przed każdym wjazdem na autostradę prócz tabliczek informujących o dopuszczalnej prędkości można napotkać się z szyldem „NO AUTOSTOP” lub „AUTOSTOP”, który jest przekreślony. Musiałem oglądać obrazki rodem z Hiszpanii, szoferzy jedynie informują ruchem palca wskazującego w dół, że zaraz kończą swą trasę lub, że nie jadą w moim kierunku.

      Zatrzymuję się grupa młodych ludzi, na „dzień dobry” dają mi piwo i rozkoszują się wolnym czasem i wiatrem, który wieje przez uchylone okna. Był to bus, siedziałem w środkowym rzędzie wraz z młodą kobietą, za mną była kompanka, a przód okupowali dwaj mężczyźni. Kierowca w okularach przeciwsłonecznych o kręconych ciemnych włosach a'la Goran Bregović, który sprawiał wrażenie najbardziej rozgarniętej osoby z nich wszystkich, mówił biegle w języku angielskim, choć i tak najwięcej konwersowałem z dziewczynami, które wszystko kwitowały śmiechem.

      Ugrzązłem na autostradzie w drodze na Zagrzeb i Dubrownik. Znów widzę polskich autostopowiczów obwiązanych w gadżety. Przez cztery godziny niewiele się dzieje – wszyscy beznamiętnie przejeżdżają obok. Po drugiej stronie widzę dwie Polki mające podobne trudności jak ja, z tą różnicą, że one jadą w przeciwnym kierunku, mają widoczną flagę Polski i są kobietami! Nie napawało to optymizmem...

      Zapytałem – jak długo stoicie?

      -Gdzieś z półtorej godziny...

      -Ile?! Skoro Wy macie takie problemu, to jak ja mam się wydostać – pomyślałem.

      W końcu zaproponowałem zaprzestanie naszych dzisiejszych prób i bliższe zapoznanie się.

      -Zaraz zmrok zapadnie, a nocą jeździ się niebezpiecznie. - Przytaknęły i usiedliśmy na ziemi.

      Chorwacja.

       

      Chorwacja.

       Olga była blondynką niższa od swojej kompanki, sprawiała wrażenie dziewczyny o twardym charakterze – przynajmniej na taką się kreowała. Aneta o smukłej sylwetce, brązowych oczach i włosach z piegami na twarzy. Obie uzupełniały się, Aneta więcej obserwowała i sporadycznie kaprysiła, a Olga była typowym dominującym charakterem. Studentka Anglistyki, pracowała u bogatych Rosjan w Anglii, gdzie musiała znosić ich ciągłe rozterki. Zachwalały piękno miasta Dubrownika, jego wyjątkowość, piękne uliczki.

      -Byłyśmy w Dubrowniku! Udało nam się, ale teraz wracamy.

      Odparłem, że to świetnie i poprosiłem o jakąś relację z autostopowego wyścigu.

      -Aaa, generalnie to dużo osób się schlało i już o północy nie było za bardzo z kim porozmawiać.

       

      Wieczorem, tuż przed pójściem spać, we dwie upierały się, że za żadne skarby nie wejdą do mojego namiotu, który specjalnie dla nich wyścieliłem mając świadomość ich rwanych ostatnich kilku nocy. Ja również nie pozostałem dłużny i odmawiałem jakiejkolwiek gościny z ich strony, nie było mowy o częstowaniu się czymkolwiek. Olga relacjonowała ciekawe historie z tej podróży, to jakiś zboczeniec zaczął rozpinać rozporek, to jakaś czwórka ludzi, aby wyciągnąć mapę musiała w komplecie wysiąść – dużo się śmiała. Okazało się, że dzięki tej konfiguracji – jadąc we dwie – dziewczyny znają w sumie aż pięć języków – imponujące, pomyślałem.

      Kładę się spać – obok namiotu na karimacie i w śpiworze – namiot oczekuje Olgi i Anety.

       

      Godz. 2:00 dziewczyny budzą mnie - w końcu się przekonały, udało się!

       

      Dzień piąty i szósty

      (Rijeka – Plitwickie Jeziora – Mrkonjic Grad)

       

      Adzio, nasz stróz 

      -Już dawno nie spałyśmy siedmiu godzin – odparła Olga. Nie ukrywam, że taki był cel tego przedsięwzięcia, czułem satysfakcję z możliwości pomocy dziewczynom, które zasypiały wczorajszego wieczora na siedząco, chcąc udowodnić, że nie potrzebują mojego namiotu.

      Poranna bryza tutejszego morza sprzyja rześkim porankom, jest ciepło i zyskujemy dodatkowe zapasy energii na nowy dzień.

      Rano na stacji kręciło się kolejnych dwóch polskich autostopowiczów, chłopaki nie zdążyli dojechać do celu, jeden z nich dużo narzekał...

      Wszyscy robimy sobie pamiątkowe zdjęcia, wymieniamy się kontaktami, a od Olgi dostaję nawet bułki na drogę i kapelusz w ramach wdzięczności. Kapelusz, który miałem sobie sprawić przed wyjazdem – słomiany z akcentami Barcelony.

      Nawet ja nie zdecydowałem się zjeść tych bułek – kamienie, ale Olga uprzedzała, że nie należą do najświeższych.

       

      Studenci zagrzebskiej ekonomii zlitowali się i zawieźli mnie kilkanaście kilometrów za miasto.

      Wyczułem, że wkraczam w przestrzeń przeznaczoną już praktycznie tylko dla natury, przedsmak parku narodowego – Pliwtoickie Jeziora są coraz bliżej – szum rzeki – cały system kanalików wody rozpryskujące się gdzieś w pobliżu, dużo zieleni i śpiewająca natura.

       

      Wtenczas po 3 godzinach ponownie mogę wskoczyć do auta – śniada cera, wyraziste szare oczy i twarz upstrzona bliznami po trądziku – sympatyczny i przyjazny, a co ważniejsze skory do rozmowy nawet w języku angielskim. - Musisz jechać do Albanii i Bośni, tam dopiero jest pięknie!

      -A bezpieczeństwo w tamtych krajach...

      -Bezpieczeństwo?! Wojna się już zakończyła!

      Zostawia mnie na wiosce, gdzie znów prócz otwartego baru i piwoszy nikogo tutaj się nie uraczy, nawet policja nadjechała na chwilę spocząć.

       

      -Hallo, excuse me, where are you going?

      -Weź tam z nim rozmawiaj ty, Angela... - słyszę znajomy język.

      -Dzień Dobry! Widzę, że państwo z Polski, gdzie państwo jadą?

      -Na Plitwickie Jeziora.

      -W takim razie moźna?

      Ptsr! Psssss, na dzień dobry dostaję puszkę coca-coli – wypijam ją jednym duszkiem.

      W białej furgonetce (nie zwróciłem uwagi wcześniej na rejestracje) jechała rodzina oraz dwie polskie autostopowiczki, które podobnie jak ja, całkiem niedawno złapały „okazję”.

      -Coca-colę piję od dziecka – tłumaczy swój nałóg kierowca.

      Rzeczywiście już po wypiciu jednej puszki, dostaję propozycję kolejnych, po całej furgonetce tarmoszą się na wysokości naszych stóp butelki i puszki tego orzeźwiającego napoju, a w lodówce turystycznej chłodzą się następne.

      Miejsca przednie zasiadają Aleksandra – mama, Arkadiusz – głowa rodziny i Aureliusz – syn. Z tyłu siedzimy my, czyli dwie autostopowiczki o złotych włosach i Angelika – córka pana Arkadiusza i pani Aleksandry.

      Wszyscy wyglądali bardzo skromnie, bez biżuteryjnych dodatków, niczym nie wyróżniając się.

      Pan Arkadiusz już po pięciominutowej konwersacji zdradza swoje gawędziarskie zapędy, niezwykłą charyzmę oraz szeroki światopogląd na wszystko.

      -Nie ukończyłem szkoły średniej czy matury, ale kiedyś, gdy zakładałem biznes i zdecydowałem się na produkcję drewnianych kołków to ludzie pukali się w czoło, że przecież na tym się nie da wyżyć, że to nietrafiony pomysł. Dziś mamy wszystko, piękny dom, gospodarstwo, firma wciąż się rozwija – opowiada z poczuciem spełnienia.

      Przez dużą część trasy rozmawialiśmy na temat przedsiębiorczości w Polsce, początków ich biznesu drewnianych kołków. - Reklama, reklama... najważniejsza jest jakość – to ona jest wizytówką, bez niej niczego się nie osiągnie – powtarzał w kółko.

      Chorwacja. 

       

      Chorwacja.

       

      Chorwacja. 

       

      Po niespełna godzinnych poszukiwaniach miejsca na biwak (10 euro zażyczyła sobie podchmielona gospodyni na polu kempingowym), decydujemy się w końcu na pauzę na parkingu nieopodal prywatnej posesji – jesteśmy w Parku Narodowym – spanie na dziko nie wchodzi w żadnym wypadku w grę, a zaparkowana biała furgonetka na polskim leasingu z dziwnie brzmiącą nazwą rejestracji „ADZIO” wywołuje konsternację u faceta, który natychmiast przybiega do nas.

      Jak się mamy później dowiedzieć podczas konsumpcji różnych dóbr, alias ADZIO wywodzi się od ich zmarłego syna o imieniu Amadeusz (również na „a”). - Adzio to środkowy syn, który od czterech lat nie żyje, żeby jeździć z nami, zrobiłem rejestrację ADZIO – opowiadał ze wzruszeniem.

       

      -Nie możecie tutaj zostać – rzekł swoim łamanym angielskim.

      -Jak zostaniecie, to zadzwonię po kogoś, tutaj trzeba zapłacić.

      -Ale przecież to jest teren państwowy, o co chodzi? - Zapytała jedna z dziewczyn.

      -Nieistotne, nie możecie i już.

      Facet mówił i wyglądał jakby zaczął nam grozić. Po wytłumaczeniu sobie w kulturalny sposób swoich racji, (w sukurs przyszedł pan Arkadiusz, który rozmawiał z nim w ojczystym języku).

      Sztuka dyplomacji nie jest mu obca – my siląc się w języku angielskim mniej zdziałaliśmy, niż kilka słów naszego szofera, które załagodziły sytuację, ruszyliśmy kilka kilometrów dalej.

      Niewielka zatoczka, na której robi się już ćma. Spostrzegamy dwóch młodych mężczyzn, Białorusini na motocyklu, mieszkający w Polsce i na polskich „blachach”.

      Wieczór jest pod znakiem snucia dziwnych opowieści, wzajemnego poznawania się, śmiechu i planowania dnia jutrzejszego. Nieokiełznana głusza w samym sercu Parku Narodowego, zwierzęta, dziewicza natura i my, nieproszeni goście.

      Tej nocy przyszło mi spać na pace furgonetki wraz z dwiema autostopowiczkami, Angeliką i Amadeuszem.

       

      Pobudka, kawa, śniadanie, prowizoryczna higiena i wszyscy z entuzjazmem zapatrują się na zwiedzanie Plitwickich Jezior.

       

      Na miejscu z żalem rozstaję się z 80 kunami (ok. 40 złotych), pada plan pana Arkadiusza.

      -Słuchajcie, a może zrobimy tak: pojedziemy na ten Bihać (teren Bośni i Hercegowiny przyp. red.) i zaliczymy tę Bośnię, chciałbym zobaczyć jak to tam wygląda. Następnie pojedziemy na południe i wrócimy znów na Chorwację, gdzie z kolei dziewczyny (autostopowiczki przyp. red.) będą miały bliżej swojego celu.

      Plany na później przemyślimy później, teraz czas na prawdziwe cuda natury!

       

      Jeden z najchętniej odwiedzanych i najpiękniejszych Parków Narodowych na świecie – 16 jezior połączonych 92 wodospadami w tym najwyższym w całej Chorwacji, bo siedemdziesięciu-ośmio metrową strugą wody o nazwie „Wielki Wodospad”. Obszar jest gęsto zalesiony bukami, jodłami i sosnami. Niezwykły jest jednak kolor wody – turkus, szmaragd czy szafir – sprawiają wrażenie fotomontażu. Animuszu dodaje fakt, że wśród flory i fauny aż się roi od wilków, niedźwiedzi brunatnych, puchaczy, jaszczurek... Cały kompleks Parku Narodowego został zapisany do Światowego Dziedzictwa UNESCO.

      Chorwacja. 

       

      Chorwacja.

       

      Chorwacja.

       

      Chorwacja. 

       

       

      Więcej zdjęć z wyprawy tutaj:

      Galeria zdjęć

       

      i tutaj:

      Galeria zdjęć2

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      yazido-zizou
      Czas publikacji:
      środa, 05 czerwca 2013 01:20
    • "Czy to już czas na tusz i szminkę?". Część druga.

      Pieniądze w genitaliach 

      Tuż przed granicą chorwacko-bośniacką naszą uwagę zwracają opuszczone domu, okna zabite dechami, cisza, spokój, co jakiś czas żywa dusza lub pełna rodzina odpoczywająca przed domem. Domy są zniszczone lub niedokończone.

      Od teraz mam się przyzwyczaić do takiego pejzażu – w końcu Bośnia to państwo, które najbardziej ucierpiało, na tych terenach jeszcze do 95. roku miały miejsce walki zbrojne.

      Po bezproblemowym przekroczeniu granicy, celnik po stronie bośniackiej zapytał jedynie o cel wyprawy – odpowiedzieliśmy „turist” i już wszystko było załatwione.

      Jestem podekscytowany, choć na dziewczynach-autostopowiczkach nie robi to żadnego wrażenia – zapadają w letarg snu.

       

      Kierowca rozemocjonowany jedynie co chwila dodaje.

      -Spójrz, tutaj wszędzie są przetwórstwa drzewne. Sklepy choć nie przypominają naszych supermarketów, a jedynie niewielkie budki, to wydają się być dobrze wyposażone.

      Przejeżdżając przez Bihać – trzydziestu-dziewięcio tysięczne miasteczko z rzeką Una, która wabi amatorów raftingu i kajaków z całego świata.

      Jak się później mam dowiedzieć od jednego z kierowców, Bośnia ma jedne z najczystszych rzek na świecie. -Na wioskach możesz nawet pić bezpośrednio z nich – dodał pół żartem, pół serio.

      Rzeczywiście tak pięknych i czystych rzek moje oczy jeszcze nie miały okazji podziwiać.

      Bihacia nie mamy okazji zwiedzić, ale wedle michelinowego przewodnika, zasługuje na dwie gwiazdki (skala od 0-3). Tutaj przebiegała kiedyś granica pomiędzy państwem otomańskim i Austro-Węgrami. „Bihać był zawsze ważnym punktem strategicznym i jednym z ważniejszych średniowiecznych miast znajdujących się na rubieżach Krajiny, obszaru znanego z dużej ilości twierdz.” - czytam w przewodniku.

       

      Kontynuujemy podziwianie wiosek i pejzaży Bośni, co jakiś czas wyrasta minaret któregoś z meczetu, ciągną się zbiorowe mogiły poległych, a także pojedyncze nagrobki z powiewającą mikroflagą Kanady – pewnie któryś z żołnierzy stacjonujących tutaj...

      Wrażenie jednak przede wszystkim robią masowo opuszczone rzędami domy, podziurawione strzałami, a niektóre mają jeszcze nawet ślady po granatach. Do dziś czuję się tutaj przejmującą atmosferę, jakby wciąż wojna tu trwała, wciąż było słychać strzały, a cywile zgładzeni.

       

      Wjeżdżamy do Republiki Serbskiej – północnej i wschodniej części Bośni, od teraz alfabet rzymski musi ustąpić miejsca cyrylicy.

      Republika Serbska nie jest oddzielona żadnym przejściem granicznym, nie ma tu celników, jakiegoś wyraźnego rozgraniczenia, jednak dla mieszkańców tutejszych ziem jest pewna subtelna różnica.

      Status tej republiki uregulowany jest porozumieniem pokojowym, większość zamieszkiwana jest przez Serbów, dopiero w następnej kolejności są bośniaccy muzułmanie czy Chorwaci. Cieszy się ona dużą autonomią, m.in. posiada własną konstytucję, parlament, rząd, prezydenta, symbole i stolicę w Banja Luce.

      Bośnia i Hercegowina.

      W końcu wysiadam, radzę sobie znów sam. Od tej chwili, przy wielkim respekcie, strachu i mając przed oczami stereotypowy obraz tego skrawka Europy, postanawiam rozczłonkować pieniądze, dwa banknoty chowam po skarpetkach, kolejny ląduje w mojej wewnętrznej kieszeni (uszytej jeszcze przed podróżą do Gruzji), inny do namiotu, a aparat wraz z dokumentami mam nosić w... genitaliach, tak – w genitaliach! W ten sposób chciałem się zabezpieczyć przed ewentualną grabieżą. Symbolicznie zostawiłem dla kieszonkowców tudzież napastników walutę w kieszeni, aby się „w razie w” odczepili.

       

      Tego wieczora rozbijam się w Mrkonjic Gradzie, w tym karłowatym miasteczku - gdyby nie cerkwie - przypominającym nieco rodzinne Zdzieszowice, odbywa się właśnie festyn. Mam widok na panoramę miasteczka, które prezentuje się korzystnie przy zapadającym zmroku, jest dosyć gwarnie, tandetne karuzele rodem z Czech, które tak ochoczo okupują festyny na południu Polski bawią tutejszych mieszkańców. Miejscowi wydają ostatnie pieniądze na piwo, jedzenie i co chwila słychać wrzask z prowizorycznego rollercoastera.

      Z miasteczkiem związany jest tak zwany Incydent nad Mrkonjić Grad: "Mianem tym określa się zestrzelenie w czerwcu 1995 przez serbską obronę przeciwlotniczą amerykańskiego samolotu F-16, operującego nad Bośnią i Hercegowiną w ramach prowadzonej pod auspicjami Organizacji Narodów Zjednoczonych operacji lotniczej NATO Deny Flight. Na wikipedii można wyczytać również, że z incydentem nad Mrkonjić Grad jest luźno związana fabuła amerykańskiego filmu „Za linią wroga” z 2001 roku. W następstwie zestrzelenia samolotu, dowództwo NATO radykalnie ograniczyło liczbę lotów nad Bośnią. Ponieważ lokalizacja ruchomych serbskich wyrzutni nie była znana, jedynie kilka samolotów dostało pozwolenie startu i patrolowania terenu i to wyłącznie w ubezpieczeniu samolotów z grupy Wild Weasel. W dniu zestrzelenia, serbskie dowództwo i środki masowego przekazu, poinformowały o śmierci pilota. Pomimo głosów niektórych wyższych dowódców postulujących lotniczy atak odwetowy, ostatecznie NATO nie zdecydowało się na ten krok, z powodu 377 zakładników (żołnierzy sił pokojowych ONZ) ujętych po amerykańskim nalocie na serbskie składy amunicji pod Pale i przytrzymywanych w potencjalnych celach serbskich".

      Dostrzegam jeszcze przepiękną cerkiew o wielu złotych kopułach, Kościół Św. Sawy, jak się później miałem dowiedzieć na anglojęzyczym blogu holbalkan.blogspot.com. - informacje o jego rzeczywistej budowie są prawie nieistniejące.

       

      Śpię na skarpie, jest niewygodnie, ale zmęczenie jest silniejsze.

       

      Dzień siódmy

      (Mrkonjic Grad – Jajce – 58 km przed Sarajewem)

       

      Śliwowica z ojcem "Messiego" 

      Zwiedzam Jajce: „Miasto ulokowane na charakterystycznym jajowatym wzgórzu. Przez setki lat ochronę zapewniał mu zamek królów bośniackich, który do dziś dominuje w pejzażu miasta, a położenie na skrzyżowaniu bałkańskich szlaków handlowych zapewniało dostatek mieszkańcom” – wyczytuję w moim michelinowskim przewodniku.

      W Jajce zauważalna jest cyganeria, która próbuje wyłudzić ode mnie pieniądze – jestem ostrożny.

       

      Miasto jest ważnym ośrodkiem turystycznym, piękny wysoki wodospad – liczący sobie 20 metrów, katakumby, które podczas II wojny światowej pełniły rolę schronu przeciwlotniczego dla Naczelnego Sztabu Wojsk Narodowowyzwoleńczych, twierdza do której wiedzie brama ozdobiona herbem Królestwa Bośni. Miasteczko robi wrażenie, jego kameralność połączona z niezwykle gwarnym centrum klasyfikuje go wysoko wśród moich ulubionych.

      Jajce. 

       

      Jajce.

       

      Jajce. 

      Muzeum AVNOJ, czyli upamiętniające Antyfaszystowską Radę Wyzwolenia Narodowego, na której zostały zbudowane fundamenty ustrojowe nowej Jugosławii. W moim „guide booku” mogę jeszcze wyczytać, że "Jajce zapisało się chlubnie w okresie II wojny światowej, kiedy to było ośrodkiem ożywionego ruchu partyzanckiego […]".

      Jajce. 

       

      Wchodzę do banku wymienić walutę. Długie kolejki, zaduch, małe pomieszczenie i wyczekiwanie. W tle czuję oddech wielkiego mężczyzny, który jest tutaj ochroniarzem – co i rusz kogoś instruuje o niewłaściwym zachowaniu, mnie pozostawia w spokoju.

       

      Siadając na ziemi – jak to mam w zwyczaju, tuż przy jednej z bram do centrum (brama Banja Luka) miasta wywołuję konsternację u miejscowych. Policja pyta się o szczegóły, wszyscy się gapią, ktoś mówi w nieskończoność – nie jestem w stanie nic zrozumieć, nie ma jednak złych zamiarów. Konsumuję burek, który jest ogólnobałkańskim specjałem. Danie śniadaniowe, ale bez trudu dostać można ten przysmak o każdej porze dnia i nocy. Mój akurat jest nafaszerowany mielonym mięsem i zapiekanym serem.

       

      Kierując się na peryferia, dostrzegam piękne dziewczyny z ankietami – wypełnię, co mi szkodzi – myślę sobie. Strzał w dziesiątkę, tematyką była wolność prasy. One dowiedziawszy się co studiuję – parsknęły śmiechem, dostaję ich broszurkę na odchodne.

       

      Pozostało mi jedynie dojechać do Sarajewa, po drodze zabierają mnie dwie siostry po pięćdziesiątce. Promieniują, uśmiechnięte opowiadają mi o swoim życiu. Jedna mieszka w Austrii, zjechała właśnie tutaj do siostry.

      -W Austrii zwiedziłam Wiedeń, Salzburg i wiele innych miejsc, życie jest tam lepsze, tutaj nie miałabym takich możliwości – żali się.

      Bośnia i Hercegowina.

       

      Bośnia i Hercegowina.

       

      Bośnia i Hercegowina. 

       

      Kobiety we dwie przekonują mnie, że wojna była czymś okropnym, ale starają się o tym zapomnieć.

      -Nie ma znaczenia jakiej religii praktykujesz, dla mnie najważniejszy jest sam człowiek.

      Jedna mówi jedynie w języku niemieckim, druga klei niedbale zdania po angielsku.

      -Nigdy nie zabieramy nikogo, a jeśli już to tylko młodych, nigdy starych!

      Obie są mocno umalowane, czerwona i różowa szminka mocno akcentuje ich usta...

       

      Ostatecznie załapuję się na darmowy obiad w drogiej przydrożnej restauracji, gdzie kobiety wyręczają mnie z nieśmiałości i trudności podjęcia decyzji co zjeść – pada na Ćevapčići, danie mięsne pochodzenia bałkańskiego podawane w wielu odmianach. Mnie w pierwszej myśli budzi się skojarzenie niewielkich Frikandeli zawijanych bułką, które miałem przyjemność jeść kiedyś w Holandii.

       

      -Chcesz coś jeszcze, może colę?

      -Nie dziękuję, jestem naprawdę pełny, jak nigdy.

      A byłem, bo tego dnia nie wiedząc, że takie szczęście mnie spotka w postaci gościnności tych dwóch kobiet nażarłem się po wsze czasy, a tu jeszcze na dokładkę wielki zestaw obiadowy, tłusty jogurt na zapitkę, a odmówić nie wypada, więc jadłem.

       

      Jadę kilka kilometrów z franciszkaninem,

      -to już drugi raz podczas tej wyprawy, we Włoszech też miałem kogoś takiego jak Pan – mówię.

       

      Ten młody człowiek o wątłej budowie, w swoim wielkim brązowym habicie i w okularach na nosie zaczął opowiadać jak to dwóch studentów z Łodzi kiedyś zabrał.

       

      Zapada zmrok, problem znalezienia bezpiecznego miejsca na nocleg powraca.

      Jakieś przydrożne stragany z kwiatami, ludzie nawet ognisko rozpalają, najwidoczniej nie opuszczają tego miejsca.

      Pod mostem byłoby całkiem dobrym rozwiązaniem, gdyby nie to, że okupował je jakiś kloszard i wszędzie były porozrzucane cuchnące i sfatygowane ubrania.

       

      Pukam do jednego z domów.

      -Witam, mówisz po angielsku? Otwiera młody chłopak ze śladami młodzieńczego trądziku przypominający nieco Messiego z początkowych lat seniorskiej kariery.

       

      -Trochę tak, trochę nie...

      -To świetnie, słuchaj mam wielką prośbę, jestem autostopowiczem z Polski, jutro zamierzam dotrzeć do Sarajewa, ale teraz potrzebuję skrawek ziemi dla mojego namiotu, czy można się rozłożyć? Tylko na jedną noc.

      -Zaczekaj aż wrócą moi rodzice, gdzieś wyjechali, powinni wrócić do godziny.

       

      Czekam na zewnątrz całego gospodarstwa, nagle przychodzi do mnie z radosną nowiną.

      -Możesz! Dzwoniłem do mojego ojca.

      Rozkładając zawiły namiot „Quechua” na teren posesji podjeżdża na rowerze górskim jakiś młody mężczyzna w czarnym T-shircie, krótkich spodniach o krótko ściętych, ciemnych włosach. Mówi coś do mnie, znów nic nie rozumiem. Zostawia mnie po krótkiej chwili i puka do drzwi sobowtóra Messiego.

      Gdy dowiaduje się, kim jestem zaczyna się śmiać, dużo komentuje, pyta się (kolega „Messi” jest tłumaczem) o to i owo, ale za nic w świecie nie potrafi zrozumieć mojej idei.

      -Gdzie masz dziewczynę? Jak tak można jeździć kompletnie nie płacąc, co robisz w życiu?

      „Messi” miał więcej zrozumienia i śmiał się bardziej z kolegi niż z kolegą ze mnie.

       

      Nadjechali rodzice. Ojciec o niezwykle postawnej sylwetce, wysoki, siwe włosy w bejsbolówce, za to mama mignęła mi przed oczami tak szybko, że nie potrafiłem nawet jej opisać. Ojciec wita się serdecznie, zamieniamy kilka zdań, tłumaczę kim jestem, sprawia wrażenie naprawdę zainteresowanego.

      -Jestem z Polski, jeżdżę autostopem... - Brawo! Wtrąca.

      - Jutro jadę do Sarajewa... - Brawo!

      I tak kwitował wszystko co powiedziałem. Wystawił śliwowicę i w trójkę wraz z nieufnym wobec mnie kompanem usiedliśmy przy stole.

      -Mój ojciec mówi, że to jego roboty, spróbuj! - zachęca syn krzycząc z tarasu.

       

      -Wypijam jednym duszkiem po dwa razy i dziękuję za wszystko.

       

      -Rano, jak wstaniesz to przyniosę ci kawę i przyjdę jeszcze rozmawiać, a dziś zamiast spać na dworze, w namiocie, wejdziesz do środka, mamy dużo miejsca.

       

      Przed zaśnięciem okazuje się, że ów młody człowiek na rowerze robi interesy, ktoś przywiezie jaja, ktoś inny warzywa, wszystko odbywa się na sąsiedzkich zasadach, choć tutaj określenie „sąsiedzkie” ma nieco inny charakter, gdyż musiał jechać do nich aż kilkanaście kilometrów.

      Bośnia i Hercegowina. 

       

      Bośnia i Hercegowina. 

       

      Dzień ósmy

      (58 km przed Sarajewem – Sarajewo)

       

      Gościnność ponad wszystko 

      Nad ranem budzi mnie gospodarz domu, przynosi świeży kołacz i czarną kawę. Nieśmiało pytam o kwestie zaszłości, wieloetniczność na Bośni.

      -Jestem muzułmańskim Bośniakiem, jednak nikt mi tutaj nie stwarza problemów, ludzie na Bośni to naprawdę dobrzy ludzie. Żegnamy się.

       

      Sobota, kilka minut przed 21:00, miało miejsce już kolejne wołanie do modlitwy muezzina z wieży minaretu. Niekończąca się gonitwa samochodów – choć daleko jej do istanbulskiej gonitwy.

      Mamy weekend, więc i wieczorem dużo młodych udaje się do dyskotek, do klubów, na deptaki. Kobiety ubrane skąpo, bez kompleksów prezentują swoje wdzięki,, panowie w gustownych koszulach – jednak wciąż im pod względem mody daleko do paryżan. Sarajewskie bezpańskie psy, leniwie leżące na ziemi też w niczym nie przypominają bukareszteńskich wygłodniałych kundli – te są – syte, znudzone i odpoczywają nie robiąc sobie nic z przechodniów. Świetnie przystosowały się do tutejszej rzeczywistości, nawet wiedzą kiedy przejść na pasach, choć są i takie zuchwałe, które sprytnie z gracją przedzierają się między pojazdami.

      Neony, jeden z nich to: „HAPPY – TEHRAN – PERSAPOLIS D.O.O” pomimo swojej tandety kuje w oczy, przez co zwabia klientów. W jednym z tureckich punktów gastronomicznych dostrzegam kucharza, który oczekując klienta ćwiczy hantlami – ponawia po kilka powtórzeń na jedną i drugą rękę. Grupa cyganów siedzi tuż pod studnią, Wokoło wszędzie bary i parasolki, patrząc w głąb można dostrzec mnóstwo boksów z dewocjonaliami. Gdzie kościół katolicki stoi ramię w ramię obok meczetu, synagogi i cerkwi – tylko w Sarajewie, jesteśmy Baščaršiji, na Placu Sebilj. Wspomniana studnia to prawdziwe arcydzieło sztuki zarówno w dzień jak i nocą. „Piękna, drewniana, ażurowo rzeźbiona studnia jest ostatnim pozostałym fragmentem wodociągu, zbudowanego w 1537 roku […]”

      „[…]architekt Wittek, który nadał jej wygląd w stylu mauretańskim. Sarajewo przez Zimową Olimpiadą podarowało kopię zabytku miastu Belgrad, a w 2006 roku – Turcji. Plac Sebilj to jeden z symboli miasta, a jednocześnie miejsce spotkań towarzyskich.” - Znajduję w przewodniku.

      Sarajewo. 

      Sarajewo jest określane mianem „drugiej Jerozolimy”, dzięki swojemu charakterowi tygla etnicznego, religijnego i kulturowego. W 1984 roku odbywała się tutaj zimowa olimpiada, choć dziś nie jest mi dane widzieć Bjelašnicę, zbyt pochmurno. Na jej zboczach odbywały się kluczowe momenty dla tego wielkiego wydarzenia sportowego. Przewodnik nie kłamie, miasto dzięki swojemu położeniu – u stóp gór, tworzących izolację - sprawia wrażenie bezpiecznego miejsca.

      Sarajewo.

       

      Sarajewo.

       

      Sarajewo.

      Dom przekory 

       

      Sarajewo.

      Biblioteka Narodowa. Na fasadzie umieszczona jest tablica, na której napisano "W nocy z 25 na 26 sierpnia 1992 r. serbscy zbrodniarze podpalili bibliotekę uniwersytecką BiH. Ponad 3 mln dzieł spłoneło. Nigdy nie zapomnijcie".

      Sarajewo.

       

       Sarajewo.

      Plac Markale - Podczas oblężenia Sarajewa w latach 1992-1995 na placu Markale i w jego okolicach miały miejsce aż trzy masakry ludności cwyilnej: pierwsza w maju 1992r., jej ofiarami były osoby stojące w kolejce po chleb; do drugiego doszło w 1995r. przed wejśceim do Graskiej trznicy; trzecia , najbardziej tragiczna, wydarzyła się na bazarze warzywowno-owocowym. [...]Z powodu ostrzału granatami artyleryjskimi zginęło ponad 60 osób, a 193 zostało rannych. Obecnie w tym miejscu znajduje się pamiątkowa oszklona tablica z nazwiskami ofiar. (Znalezione w przewodniku Michelin). 

       

      Sarajewo.

       

      Sarajewo.

       

      Sarajewo. 

      Wieczny ogień - poświęcony Bośniakom, Serbomi Chorwatom, a także innym narodowościom którzy oddali życie w obonir miasta podczas II wojny światowej. (Znalezione w przewodniku Michelin).

      -Czy potrzebuje pan zakwaterowanie? Co chwila pyta któryś.

      Nim jednak wjechałem do tego cudownego miejsca, dostrzegam na peryferiach tygla Pawła Bartnika, który jest jedną z najpopularniejszych i najbardziej medialnych postaci w światku autostopowym. Nie obce są jemu wyprawy autostopem do takich krajów jak Irak, Gruzja czy Iran. Na jednej z zapowiedzi spotkania z młodym globtroterem czytam w sieci: „Paweł Bartnik, jest doświadczonym autostopowiczem, pomysłodawcą i współorganizatorem cyklicznego Ogólnopolskiego Zlotu Autostopowiczów oraz Sylwestra Autostopowego a także założycielem największego w Polsce, a drugiego na Świecie pod względem wielkości forum autostopowego (www.autostopik.pl). Ma na swoim koncie obecnie ponad 140 000 km przejechanych autostopem w ciągu trzech lat.

      Idzie ze swoim plecakiem wraz z koleżanką będąc wgapionym w ziemię, nie zapominając o trzymaniu kciuka w powietrzu.

       

      Za wizytówkę Bośniaków i ich gościnności niech świadczy ta historia przeczytana po raz kolejny w moim przewodniku:

      „Pewnego ciepłego lipcowego dnia 1521 roku do sarajewskiej czarszii przybył zwyczajnie ubrany, skromny Husrev. Spacerując zobaczył człowieka, który sprzedawał buzę (napój ze sfermentowanego owsa). Poszedł do niego i powiedział: - Jestem bardzo spragniony, daj mi jeden kufel napoju, choć nie mam ci czym zapłacić:. Spojrzał na niego buzadzija i odparł: - Ależ proszę, nie zbankrutuję przez jeden kufel buzy. Nalał mu, a ten wypił. I tak jeden kufel buzy lub bozy - jak ją ludzie nazywają-sprawił, że wielki Gazi Husrev-beg został w Sarajewie. Husrev udawał biedaka, chcąc sprawdzić, jacy ludzie mieszkają w Bośni, a kiedy się przekonał o ich dobroci i tolerancji, został i z Sarajewa utworzył największe miasto w Europie. Gdy Husrev pił bozę w czarszii, mieszkało tu zaledwie 4 tys. dusz, a kiedy opuszczał ten świat w 1541 r., było ich już 55 tys. Husrev był synem Seldzuki – hanumy, córki sułtana Bajezyda II – bardzo potężnego i bogatego człowieka. Słowo gazija oznacza człowieka walczącego za islam, to także tytuł nadawany wybitnym wodzom wojskowym. Mówi zarówno o pozycji, jak i zdolnościach, tego kto nosi ten przydomek.”.

       

      Pisząc do znajomych w sieci, jak zawsze mogę liczyć na słowa wsparcia. Redaktor Naczelny opisuje pomarańczowy Amsterdam, w którym był zrelacjonować koronację króla. Radzimir, mój brat piszę o wrażeniach z boliwijskiej dżungli. Z Markiem piszemy co nieco, wpadam w klawiszowy słowotok. Paulinka prosi o dużo zdjęć. Aga, która jak zawsze przyjęła ostatnią wiadomość o mojej podróży z wielkim entuzjazmem. Lapsik burknął coś o mojej rychło zbliżającej się absencji na maturze z geografii. Stachu dobija na Durmitor, mając dość upałów – On też sobie chwali bardzo ludzi na Bałkanach. Adrian pozdrawia, Jędrzej życzy Błogosławieństwa Bożego. Pakuję się i wychodzę z kawiarenki internetowej.

       

      Dzień dziewiąty

      (Sarajewo – Mostar)

       

      Jesteś pewnie Polakiem? 

      Brawo!” - parafrazując mojego przedwczorajszego gospodarza. Dziś pomimo że udałem się dość późno w kierunku przeciwnym od centrum, przedzierając się przez gąszcz zabudowań, podziurawionych od strzałów budynków i kontrastujących z nimi biurowców, udało mi dojechać do Mostaru.

       

      Jadę z Serbem i jego dwójka małych dzieci, niewiele mówi po angielsku, a jak tylko otworzył drzwi, zgaduje moją narodowość. Rozmowa się marnie klei, by nie stwierdzić, że w ogóle. Na koniec dostaję zaproszenie do jego domu na noc, ale rezygnuję – nie widzę sensu, znudzilibyśmy się sobą, facet wracał z dalekiej podróży z Belgradu, nie śpiąc od dawna. Jest to wymuszona gościnność.

      Więcej zdjęć z wyprawy tutaj:

      Galeria zdjęć

       

      i tutaj:

      Galeria zdjęć2

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      yazido-zizou
      Czas publikacji:
      środa, 05 czerwca 2013 00:46
  • wtorek, 04 czerwca 2013
    • "Czy to jest czas na tusz i szminkę?". Część trzecia.

      Dzień Dziesiąty

      (Mostar – Medziugorie)


       Wyrwane serce Bośni

      Mostar tak samo piękny jak i komercyjny, nie ma tutaj już tego klimatu, prostoty i folkloru co w stolicy Bośni. Wzdłuż drogi do sławetnego mostu – same stragany z pamiątkami.

      Pełno tu młodych – wyzwolonych ludzi ubranych po europejsku. Brakuje tego czegoś...

      Miasto to, jak i cała Bośnia zachwyca pięknymi kobietami – istna czołówka. Prócz ich dostrzegam wielu osiłków z ogolonymi głowami, czuję niesmak.

      Śnieżny marmurowy most po którym stąpam jest wizytówką całej Hercegowiny, dwójka mężczyzn w slipkach stara się zachęcić ludzi do wrzucania pieniędzy – tu odbywają się coroczne nieformalne konkursy, gdzie śmiałkowie skaczą do wody i walczą o miano „Ikara Mostaru” - niestety teraz muszę się pocieszać tym nędznym widowiskiem próby wyciągnięcia pieniędzy od turystów, których jak na pęczki.

      „Most został zbudowany przez mistrza Hajruddina w 1566 roku i wznosi się nad szmaragdową Neretwą. 9 listopada 1993 roku runął, wydawało się, że ktoś wyrwał miastu serce, że Mostar umarł. Wydarzenie było szokiem dla opinii międzynarodowej i doskonałą metaforą sytuacji miasta i wojny w całej Bośni. Wszyscy widzieli w tym wydarzeniu klęskę cywilizacji, zwycięstwo barbarzyńskiej przemocy i bezwzględnej siły. Pamięć wspólnej historii, tradycji, wspólnego życia w Bośni i na Bałkanach – runęła. To potężny symbol zerwania ciągłości. „Bałkańskość” to właśnie ów most sam w sobie, który, jak cały region – nie należy ani do wschodu, ani do zachodu, jest zawsze pomiędzy – niejednoznaczny. Wielki projekt odbudowy rozpoczęto w 1999 roku. Latem 2004 roku z wielką międzynarodową pompą oddano go do użytku tak zwany Novi Stari Most (rok później wpisano go na listę Światowego Dziedzictwa Kulturowego i Przyrodniczego UNESCO). Odbudowa mostu w znacznej mierze z oryginalnych fragmentów oznacza programową próbę powrotu do normalności i wspólnego życia.” - pomagam sobie przewodnikiem.

      Odpuszczam sobie fotografowanie meczetów – zmęczyłem się tym.

      Na stoiskach wizerunki Josipa Tity, on wciąż cieszy się tu estymą.

      Mostar.

       

      Mostar.

       

      Mostar.

       

      Mostar.

       

      Mostar.

       

      Mostar.

       

      Medziugorskie egzorcyzmy

      Stojąc na wylotówce w napisem na kartonie Medziugorie macha mi troje ludzi na jednym z balkonów blokowiska. Dystans jest dość spory, bo około kilkudziesięciu metrów, ale i tak machają.

      Zatrzymuje się młoda para, oboje studenci. On z kilkudniowym zarostem, w różowej koszuli, ciemny blond. Ona w skromnej niebieskiej bluzeczce, o niewielkich ustach, ciemne włosy, - skora do rozmowy.

      Po pierwszym rutynowym zaznajomieniu się, próbuję uzyskać informacje o moim najbliższym celu.

      -Jaki jest Wasz stosunek do cudów w Medziugorie.

      -Wierzymy rzecz jasna! Odpowiadają zdecydowanym tonem. Jesteśmy zaprzyjaźnioną rodziną Vićki Ivankovic – ciągną dalej. Vicka Ivankovic to najpopularniejsza postać w całym miasteczku.

      Katolicy wierzą, że Medziugorje jest miejscem świętym, gdzie miało miejsce wiele cudów: "[...]Od momentu pierwszego objawienia odnotowano tutaj ponad 600 udokumentowanych uzdrowień. 6 sierpnia 1981 roku na niebie ukazał się napis mir 'pokój'.[...].W trakcie działań wojennych na terenie Bośnia i Hercegowiny pilot wojsk jugosłowiańskich miał zbombardować sanktuarium. Wystartował w pogodny dzień, a gdy nadlatywał nad Medziugorie, pojawiła się nagle tak gęsta mgła, że pilot się w niej zgubił, minął cel i znalazł się nagle nad Adriatykiem, dzięki czemu nie udało mu się zniszczyć tego obiektu.” (michelin - przewodnik)

      Streszczając jednak bardziej współczesne historie i cuda związane z tym miejscem, dodam, że jest sześć naznaczonych osób – każda w mniejszym lub większym stopniu obcuje z Matką Boską, która jednym objawia się do dziś każdego dnia, innym przestała lata temu. Vicka poznała 9 tajemnic, i do dzisiaj ma codziennie kontakt o godzinie 18:40. Swoją popularność zawdzięcza jednak temu, że chętnie się spotyka z pielgrzymami, przekazuje im nowiny. Utarła się nawet tradycja, że ludzie zostawiają swoje listy, gdzie ona przekazuje je bezpośrednio do Matki Boskiej.

      Medziugorje.

       

      Medziugorje.

      Tak naprawdę wzgórzem objawień jest Podbrdo, ale w Medziugorje znajduje się sanktuarium.

      -Papież Jan Paweł II tutaj był trzykrotnie, ale kościół się z tym ukrywa, wszystko było pod przykrywą tajemnicy – dodają.

      -Będziesz zaskoczony, jak bardzo tutaj jest komercyjnie, będziesz naprawdę zaskoczony, pełno will, dewocjonaliów, sklepów. - Z nieskrywaną pogardą opowiadała.

      Zajeżdżam, będę się starał w dosyć delikatny sposób opisać zjawiska jakie mają tu miejsce. Zewsząd rozbrzmiewają pieśni religijne, haki i półki uginają się od różańców i figurek Maryi. Co gorsza zauważam za kilka euro kolorowe podkładki wykonane z pianki dla zmęczonych wiernych, którzy mogą sobie takową podkładkę przysunąć pod kolana, Polacy niestety kupują ich najwięcej (jedynie moja luźna obserwacja).

      Przypomniała mi się fragment filmu pod tytułem „Motyl i Skafander”, gdzie Mathieu Amarlic grający Jeana-Dominique'a Baupy, jedzie do Lourdes ze swoją ukochaną, dalej widzimy ich podczas sceny w łóżku, gdzie dochodzi do spięcia – przedmiotem sporu jest figura Maryi. Jean irytuje jej tandetność, postanawia wyjść - przespacerować się wzdłuż wszechobecnych neonów z podobiznami świętych – ja czułem się tak samo. Nie potrafiłem się odnaleźć w tej scenerii.

       

       

      Medziugorje.

       

      Medziugorje.

       

      Medziugorje.

       

      Medziugorje.

       

      Medziugorje.

       

      Medziugorje.

      W Medziugorje można się wyspowiadać w kilku językach. Oto konfesjonał dla Polaków.

       

      Medziugorje.

       

      Medziugorje.

      Medziugorje to samo południe Bałkanów, dominuje tu katolicyzm. Radio Maryja przywłaszczyło sobie wizerunek tutejszej Matki Boskiej do swojego firmowego loga.

      Turyści z Francji, Włoch, Czech, Słowacji, Polacy i Latynosi śpieszno podążają na wzgórze.

      Niewielkie wzniesienie o kamienistych zboczach – rozpadliny skalne dają się we znaki.

      Jakaś babcia pewnym krokiem w spódnicy i sandałach maszeruje żwawym tempem – jestem pełen podziwu.

      Tłum co jakiś czas zwalnia, robią sobie przerwę na modlitwę.

      Podbrdo, miejsce objawień. Z oddali słyszę krzyk, w pierwszym momencie jestem pewny, że to niesforne dziecko. Okazuje się, że to jakaś kobieta w asyście egzorcysty zostaje odpędzana ze złowrogich sił.

      Całą się trzęsie, widzę konwulsję, ludzie modlą się, są pogrążeni w ciszy. Kilka osób przytrzymuje opętaną, konsternacja z mojej strony, nie wiem czy mogę fotografować nie wspominając o nagrywaniu krótkiego filmiku. Decyduję się na te kroki dopiero, gdy jest już po wszystkim, - udało się uchwyciłem moment w którym egzorcysta trzyma ją za głowę i uspokaja. Ludzie patrzą z nietęgą miną, ale o linczu nie ma mowy.

      Chwilę później ma miejsce podobna sytuacja, na ludziach nie robi to większego wrażenia, znów krzyki, płacz na przemian z diabolicznym śmiechem – przyznam szczerze, że czegoś takiego jeszcze nie widziałem.

      Intryguje mnie również kobieta narzucająca się wręcz, gorliwie modlącym się ludziom.

      -Częstujcie się, a może pani zechce się poczęstować, proszę bardzo...

      Część ludzi przyniosła różaniec i się modli klęcząc. Jakaś kobieta ma zdjęcie z kimś bliskim, modli się. Ktoś inny podrzuca list między skałki. Ludzie zabierają ze sobą kamienie – sam chowam do plecaka takie elementy – dla siebie, bogobojnej Cioci i bogobojnego przyjaciela ze Zdzieszowic.

       

      Posąg Chrystusa Ukrzyżowanego

      Ludzie wierzą, że woda, która wycieka z okolicy kolana ma lecznicze działanie. Tworzy się długa kolejka do uzdrawiającej cieczy.

      Ludzie pogrążeni w ciszy, większość ociera symboliczne miejsce chusteczką, są i tacy co nabierają krople strzykawką.

      Proces trwa dosyć długo zwłaszcza, gdy do celu dostanie się osoba, która zaczyna nabierać krople na kilkadziesiąt chusteczek lub na zdjęcia rodzinne.

      Biznes znów się kręci, na własne oczy widzę, jak pewien młodzieniec ulega ciśnieniu i zamiast nabrać na swoją chusteczkę wody, wychodzi z kolejki, by po chwili wrócić już będąc „w pełni gotowy” – zainwestował swoje euro na tutejsze - „lepsze”, na których jest wygrawerowana modlitwa, mają swój niezwykły kwadratowy kształt – większość je kupuje.

      Nadchodzi wzruszająca chwila, chłopiec na wózku inwalidzkim doczekał się i w końcu może przy asyście księdza i jego druha dotknąć oczekiwanego punktu.

      Zapada cisza, biedak wraca na wózek, ludzie wracają do modlitwy.

      W poszukiwaniu miejsca spokojnego do snu ruszyłem kierując się tabliczkami na „Cenacolo”, czyli do organizacji pomagającej młodym ludziom wyjść z uzależnień, a wszystko to w duchu katolickim. Gdy zachodzę pod ich komunę, do wejścia do środka ogranicza mnie jedynie sznur przypięty z jednego końca płotu do drugiego. Wołam jakiegoś wartownika, mówi świetnie po angielsku.

      -Niestety nie możemy ci pomóc, jeśli szukasz miejsca na swój namiot poproś o to ludzi w wielkim kościele.

      -Czyli muszę znów się cofnąć?

      -Tak!

      Obok stoi willa „Cenacolo”, ale już znacznie korzystniej wyglądająca, z wielkim tarasem i automatycznie zamykaną wielką bramą. Nie trudzę się jednak tutaj, idę dalej.

      Po krótkiej dyplomacji na jednym z gospodarstw udaje mi się przekonać do siebie mężczyznę – mam spokojną noc na prywatnej posesji – w sensie na ich trawniku.

      Medziugorje.

       

      Medziugorje.

       

      Medziugorje.

       

      Medziugorje.

       

      Dzień jedenasty

      (Medziugorie – Metkovic)

      Różaniec na pamiątkę

      Celnicy na granicy bośniacko-chorwackiej mają ubaw po pachy widząc gościa w kapeluszu, sfatygowanych ciuchach i wielkim plecakiem.

      -Lubisz chłopców?

      -Masz w ogóle dziewczynę? Po co tu przyjechałeś, a może na dziwki?

      Wcześniej zawozi mnie Chorwat pod samą granicę nadkładając trochę kilometrów. Dziwaczny, spore ubytki w zębach, w swoich przeciwsłonecznych okularach i nikłej posturze wyglądał dosyć komicznie. Zaprosił na kawę, niezwykle pokojowy człowiek, tłumaczy mi swoją filozofię, słucha muzyki klasycznej – Bachów, Beethovenów, Vivaldich... Z tematów trudnych przeskakujemy na te łatwiejsze, rozmawiamy też o piłce nożnej. Jest gorliwym katolikiem,

      -A ty jesteś?

      Odpowiadam w sposób zdecydowany widząc jak się tlą jego oczy.

      -Jestem!

      Dostaję piękny różaniec, niewiele mówi po angielsku, ale ma piękne intencje.

      Medziugorje.

       

      Dzień dwunasty

      (Metković - Dubrownik)

       

      Nie ćpam, nie piję, nie palę...

      By dojechać wzdłuż wybrzeża, jestem zmuszony pokonać kolejne przejście graniczne pomiędzy Bośnią i Chorwacją. Bośniacy wywalczyli sobie niewielki skrawek wybrzeża, który liczy jedynie 24 kilometry, gdzie rzekomo jest taniej niż po stronie sąsiadów, równie pięknie, czysto a i standardy nie ustępują w niczym.

       Wracają "chorwackie upiory" – znów autostop łapie się z trudnościami.

      W końcu zabiera mnie sportowym samochodem jakiś bogacz pod krawatem.

      Nie jedziemy ze sobą jednak zbyt długo, na granicy pada stwierdzenie niczym wyrok

      -ten pan zostaje, musimy jego przeszukać.

      Kierowca na to: - ale ja się spieszę, no time...

      -Proszę jechać, on zostaje.

      W okamgnieniu straciłem świetną okazję na bezpośredni dojazd do Dubrownika, co wcale tutaj rzeczą łatwą nie jest.

      -Masz narkotyki, papierosy lub alkohol? Swoim przeszywającym i groźnym spojrzeniem zagaił celnik – uprowadzono mnie do ich pokoju, gdzie całą trójka bacznie się mnie przyglądała.

      -Oczywiście, że nie mam - odpowiadam.

      -Dlaczego nie masz? – zapytał się ni stąd ni zowąd zjadliwie się uśmiechając.

      -Bo nie potrzebuję, jestem autostopowiczem, chcę zwiedzać, poznawać kultury – to jedyne czego chcę.

      -Ale jeśli znajdę coś w twoim plecaku, jakieś narkotyki, papierosy, alkohol to będziesz miał spore nieprzyjemności – ciągnął dalej, reszta słuchała.

      Wyczułem lekkie napięcie, w głowie powtarzałem sobie -„tylko spokojnie, tylko spokojnie”.

      -Moim jedynym narkotykiem jest autostop, chcę poznawać kultury... zacząłem mędrkować, co oczywiście nie mogło wyjść na dobre.

      -W takim razie wyrzuć wszystko co masz.

      Zaczął od podręcznego plecaczka, w którym miałem fix-mix rzeczy, od dokumentów, zeszytów z notatkami z wyprawy przez kubek a skończywszy na cuchnących majtkach – minę miał nietęgą.

      Szukali dalej, okrągły pokrowiec namiotu, szybciej budzący skojarzenia co do tego, że to bębny niż domek z płachty potraktowali ulgowo.

      Ostatni, czyli największy plecak.

      -Przepraszam za nieprzyjemny zapach – dodałem chcąc wywołać jeszcze pozytywne wrażenie.

      -OK, idź, ale możesz łapać jedynie na parkingu, tutaj się nie kręć.

      Hajduk Split.

      Wzdłuż Wybrzeża Adriatyku rządzi tylko jeden klub...

       

      Znów mozolne czekanie na szofera, po półtoragodzinnej rozłące z samochodem, zatrzymuje się Czarnogórzec o wielkim brzuchu i niskim wzroście, który zostawia mi swoją wizytówkę, jakbym później wstąpił w okolice.

      -Lubię Polaków, jesteśmy bardzo podobni.

      -Przyjedź na kawę, pogadamy, bo wy – Polacy to naprawdę dobrze ludzie. – I tak powtarzał w kółko.

      -W moim apartamencie często goszczę Polaków, świetnie się dogadujemy, lubicie się bawić – podobnie jak my. - Tłumaczy.

      -Złowiłem największą rybę w regionie, wpisz sobie na google, tam jestem.

      W Dubrowniku rozbijam się na przybrzeżnej marinie wśród statków i łodzi. Sterty śmieci i koczujące koty nie powinny przeszkodzić mi w błogim śnie.

      Dubrownik.

       

      Dubrownik.

       

      Dubrownik.

       

      Dubrownik.

       

      Dubrownik.

       

      Dubrownik.

       

      Dubrownik.

       

      Dubrownik.

       

      Dzień trzynasty

      (Dubrownik – Kotor)

       

      Apartament

      Po zwiedzeniu pięknego miasta moją uwagę zwraca grupa dzieci, która właśnie wybiegła na przerwę ze szkoły. Są pełni entuzjazmu, szczęśliwi, chłopcy ganiają dziewczyny – to nowa generacja nie pamiętająca piekła wojny. Jakże muszą im podświadomie zazdrościć dorośli...

       Dziś znów mam sporo szczęścia, jadę z Duńczykiem mieszkającym w Oslo. Starszy około 60-letni pan w binoklach, z krzaczastymi brwiami, łysiejącej głowie, w koszuli rozpiętej niemalże do pępka, z naszyjnikami na szyi, nadgarstku – samochód również do takich nie należał.

      Jak na Duńczyka przystało mówił świetnie w języku angielskim.

      Na granicy wypalał nerwowo papierosy.

      -Co oni tyle wyprawiają, nie rozumiem, sam kiedyś byłem policjantem na granicy, przecież jak oni tutaj tak zawsze przeszukują wszystkich to i tak już więcej nikt z kombinatorów tędy nie pokwapi się by przejechać.

      -To są pozostałości po komunizmie – dodał

      W Czarnogórze ma miejsce na jednym z serwisów samochodowych ciekawe zetknięcie kultur. Czarnogórzec nie potrafił się dogadać z Duńczykiem, przekomarzali się, nie było w tym braku kultury, wręcz przeciwnie w sposób wyrozumiały słuchali siebie nawzajem, a facet w serwisie spełniał każde życzenie klienta ze Skandynawii. Ten z kolei niecierpliwie, ponaglał zamaszystym ruchem ręki. Gdy padłą w końcu cena za wymianę opony, Duńczykowi niemal oczy z orbit nie wyskoczyły.

      -U mnie za taką usługę zapłaciłbym kilkaset euro, a tu facet chciał jedynie 15 euro. - Nie w sposób nie odnieść wrażenia, że mój szofer opowiadając to, czuje się co najmniej jakby wygrał los na loterii, oczy chytrze się tlą.

      Poul Erik Lauritsen, bo tak się nazywa, zaprasza mnie do swojego apartamentu. Mam okazję spać vis a vis Kotoru, w niewielkiej wiosce rybackiej, Muo. Stąd do centrum Kotoru mam jakieś dwadzieścia minut drogi. Poul przeżywa prawdopodobnie w samotności tutaj swoją emeryturę.

      Poul czyta książkę, przegląda coś w internecie, ja udaję się pod prysznic i już jestem gotów na zwiedzanie miasta nocą. Podążając tam do moich uszu dochodzi dźwięk bębnów. Widok na Zatokę Kotorską z tarasu Poula zachwyca.

      Dubrownik.

       

      Dubrownik.

       

       

      Więcej zdjęć z wyprawy tutaj:

      Galeria zdjęć

       

      i tutaj:

      Galeria zdjęć2

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      yazido-zizou
      Czas publikacji:
      wtorek, 04 czerwca 2013 22:31
  • poniedziałek, 03 czerwca 2013
    • "Czy to jest czas na tusz i szminkę?". Część czwarta.

      Dzień czternasty

      (Kotor – Albania)

      Widok z rybackiej wioski Muo na Kotor. 

       

      Awaria samochodu

      Poul w dość wymowny sposób daje mi do zrozumienia swoich kilka dygresji.

      -Gdzie jest twoja luba?

      -Nie ma. Teraz jest czas na podróże, która by akceptowała moje wyjazdy?

      -Jeśli teraz nie zmienisz swojego życia, zostaniesz na zawsze ze swoją filozofią podróżowania, będziesz chciał jeździć więcej i więcej.

      Zgodni byliśmy co do jednego, Poul również zwiedził Gruzję i również na nią zachorował.

      Przy pożegnaniu wypaliłem do niego.

      -Będziesz wracał po tym weekendzie do swojej rodziny? Widziałem, że jest coś nie tak, był bardzo przybity.

      -Ja wracam do Oslo... – odpowiedział z zimnym półuśmiechem.

      W apartamentowcu u Poula.

       

      Kotor.

       

      Kotor.


      Kotor. Owoce morza.

       

      Kotor. Skrzynka pocztowa.

       

      Kotor.

       

      Kotor.

       

      Kotor.

       

      Kotor.

       

      Kotor.

      Przed samą granicą z Albanią zatrzymują się dwa samochody, początkowo nie wiem, że są razem, bo z tyłu ktoś jedynie używa klaksonu, co jest zrozumiałe, gdyż mój szofer blokuje ruch.

      W białym przepoconym T-shircie – przypominał bardziej mieszkańca Południowej Ameryki, choćby takiego  Hernana Rengifo - byłego gracza poznańskiego Lecha niż kogoś z tych ziem. W swojej furgonetce wiózł mnóstwo ciuchów, które tworzyły górę na całej pace samochodu - zdezelowanego samochodu. Nasz gruchot jednak trzymał się nie najgorzej w porównaniu do furmanki równolegle jadącej z nami.

      Jedziemy i nagle tracimy ich w zasięgu wzroku. Zawracamy, a oni z maską podniesioną do góry wyczekują pomocy.

      Kierowca klnie wniebogłosy, pluje przed siebie, ale największe nerwy dopiero przed nami.

      Linką odholowaliśmy ich grata do serwisu. Od teraz przez najbliższe kilka godzin ma miejsce nieustanna jazda w kółko – do Cetinje i znów do serwisu, do Cetinje i znów tam. Nikt nie potrafi dokładnie poinstruować jaką gumę ma zakupić nieszczęśliwiec do akumulatora.

      Po namowie, oddaję swoje pięć euro twierdząc, że więcej już nie mam (w rzeczywistości miałem w wewnętrznej kieszeni), facet się zapierał, że odda, ale ja chciałem jeszcze przez te kilka dni zwiedzić Albanię i Macedonię, nie mogłem sobie pozwolić na całkowitą utratę gotówki.

      Znów zaczyna się plucie, w tej krótkiej chwili z człowieka niezwykle pogodnego zamienił się w kogoś, kto nienawidzi całego świata.

      Dojeżdżamy do miejsca, gdzie pełno biednych ludzi rozkłada się ze swoimi sfatygowanymi, nierzadko ciuchami z importu, jakieś starocia. Otacza mnie rodzina kierowcy, oddają pieniądze. Młody chłopiec prosi, abym nie fotografował tego miejsca, oddalam się. Mogę jechać do upragnionej Albanii.

      Przed Albanią.

       

      Przed Albanią.

       

      Przed Albanią.

      Zmienia się pejzaż, góry wciąż dominuję, ale jakby wszędzie jeszcze biedniej.

      Poziom analfabetyzmu osiąga tutaj 10%. Wedle rankingu aneki.com Albania plasuje się na czwartym miejscu wśród najbiedniejszych państw Europy, tuż za Mołdawią, Kosowem czy Ukrainą. Portal wziął pod uwagę wskaźnik PKB na jenego mieszkańca, i tak dla porównania w najbiedniejszej Mołdawii wynosi on 3,400$, w Albanii 7,800$, w Polsce 20,600$ (19 miejsce) a w najbogatszym Liechtensteinie aż 141,000$. Różnica dosyć spora...

      Na granicy próbuję tylko przez chwilę swoich sił - robi się późno więc wolę szukać miejsca do spania. Śpię na niewielkim wzniesieniu będąc schowanym. Rozbijam namiot i okazuje się, że mam towarzystwo w postaci niewielkiego skorpiona, od tego momentu rezygnuję z wystawiania butów na zewnątrz i niedosuwaniu namiotu – jestem ostrożniejszy.

      Skorpion. Albania.

      "Duo euro", czyli płatny autostop

      Autostop w tych rejonach kosztuje.

      -Tutaj nie da się jeździć za darmo. Starał się przekonywać młody mężczyzna płynnie mówiący w języku angielskim co jest tutaj towarem deficytowym. W najlepszym wypadku człowiek jest w stanie dogadać się tutaj w języku włoskim, gdzie drogą wodną mają rzut beretem. Ich język różni się od większości na Bałkanach, w niczym nie przypomina którykolwiek z nich.

      -Jechałem już po kilku krajach, gdzie wmawiano mi, że nie da się jeździć nie płacąc. W Albanii podobnie jak na Ukrainie czy w Gruzji płaci się raczej symbolicznie za podwózkę.

      On jednak ciągnął dalej swoje. - Chcesz to mogę ci załatwić transport za pięć dolarów do granicy.

      -Przenoszę się kilkaset metrów dalej, by dał mi spokój.

      Spławiam kilku kierowców, wszyscy rzucają tutaj jakimiś horrendalnymi stawkami.

      -quattro euro? - Nie jestem głupi myślę sobie i uparcie odmawiam.

      W końcu zabiera mnie poczciwy szpakowaty dziadzio za „uno euro” - warto było czekać.

      Co kraj, to obyczaj.

      Albania.

       

      Granica czarnogórsko-albańska.

       

      Granica czarnogórsko-albańska.

       

      Dzień piętnasty

      (Albania – Szkodra– Tirana – Elbasan)

      Nad ranem jadę za „duo euro” do Szkodry, gdzie ma znajdować się piękne jezioro. Nie przesuwam już palcem po przewodniku i nie kartkuję go, gdyż ostatnie dwa kraje nie znajdują się w "guide booku". Jedynie co uda mi się wyczytać, to szczątkowe informacje w internecie. Na zakup przewodnika mnie już nie stać.

      Targowisko na którym wedle potrzeby można kupić zarówno żywego jak i ubitego zwierzaka, owce, pisklęta, kury i kozy, wszystko związane.

      Po drodze do Szkodry wsiadają i wysiadają kolejno coraz to nowi ludzie, zapłacą podobnie jak ja. Są niezbyt rozmowni, wszystko tutaj odbywa się dosyć bezceremonialnie, a nikt nie stopuje dłużej niż kilka minut... płacą i wysiadają i znów kolejni, ilu już się ich przewinęło? Szofer wedle ich zwyczaju ma również obowiązek podwieźć niczym taksówkarz pod wskazane miejsce, a zatrzymują się wszyscy sobie, bo komunikacja tutaj szwankuje – jakoś muszą sobie radzić. Podobnie jak na Bośni, większość samochodów to stare zdezelowane gruchoty.

      Szkoder.

       

      Szkoder.

       

      Szkoder.

       

      Szkoder.

       

      Szkoder.

       

      Szkoder.

       

      Szkoder.

       

      Szkoder.

       

      Szkoder.

      Miasto w kłębach kurzu, nie zawsze drogi są asfaltowe - nawet nieopodal centrum. Jest parno, czuję się jak na jakimś tanim westernie, z tą różnicą, że tu w wersji albańskiej. Miasto niczym nie zachwyca, gdyby nie twierdza, meczet i jezioro nie byłoby czego tu szukać. Zmywam się i jadę na stolicę.

      Tirana to z pewnością jedna z najbrzydszych stolic jaką widziałem, ale ma swój urok. Aż roi się tutaj od małych cyganów, jedna nawet wiesza się na moim ramieniu, chcąc wymusić ode mnie pieniądze. Pośrodku głównego placu znajduje się Pomnik Skanderbega – bohatera narodowego, który wypędził Turków. Architektura jest przesiąknięta socrealizmem, widać jego spuściznę. Betonowe coś, które można określić mianem stożka robi furorę wśród młodzieży, którzy wdrapują się kilkadziesiąt metrów na sam wierzchołek (jak się później miałem przekonać to „coś” to mauzoleum Envera Hodźy). Muzeum Narodowe przedstawiające postacie wdzięcznie gotowe do boju. Uniwersytet Tirański to także prosta komunistyczna budowla.

      Tirana.

       

      Tirana.

       

      Tirana.

       

      Tirana.

      Pomnik Skanderbega – bohatera narodowego

       

      Tirana.

       

      Biblia nazistów.  

      Biblia nazistów a kilka pozycji nad nią książka o Gestapo, takie "rarytasy" w pierwszym lepszym kiosku tylko w stolicy Albanii. 

      Czy Bushowi skradziono zegarek?

      "Szczególnym miejscem w Tiranie jest ulica Georga W. Busha, ofiarowana amerykańskiemu prezydentowi za jego poparcie dla Albanii i Kosowa. Jak utrzymują moi tirańscy znajomi, nie jest prawdą, że Bush stracił swój tani zegarek Timex właśnie w Tiranie na spotkaniu z rzeszą rozentuzjazmowanych Albańczyków. Domniemają, że padli ofiarą stereotypu o Albańczykach, którzy nie ominą żadnej okazji, aby w sposób niezgodny z prawem wejść w posiadanie cudzej własności.” - Udaje mi się znaleźć notkę o ulicy Georga W. Busha na stronie rp.pl.

      Tirana.

      Intryguje plac Matki Teresy i jedyne lotnisko w kraju przypominające mi o jej pochodzeniu oraz fragment Muru Berlińskiego, fragmenty z więzienia w którym przetrzymywano politycznych dysydentów oraz bunkier – symbol rządów Envera Hodży, który był przerażony perspektywą utraty władzy w wyniku inwazji sił radzieckich, rozkazał w latach 60. wybudować tysiące bunkrów na terenie całej Albanii (powstało ich ok. 600 tys.).  O Hodży Robert D. Kaplan w swojej książce pisze: - Dowódca partyzanckiego, bezwzględnego i ksenofobicznego stalinowskiego reżimu w czasie II wojny światowej. […]Trzydziestokilkuletni Albańczyk, który nawrócił się na komunizm podczas studiów we Francji, stanął na czele ruchu oporu, gromiąc nie tylko nazistów, ale także niekomunistyczne siły albańskie”. Betonowe bloki miały zatopić skłóconą i reakcyjną przeszłość, a Hodża budując je chciał wynaturzyć z ludzi wszelkie szczątki indywidualności i godności.

      Tutaj zjadam najgorszy kebab w moim życiu, mięso niczym guma, której nie da się rozgryźć, nieświeża bułka, mało zieleniny i zimna potrawa skutecznie odtrąca mnie od kolejnych podobnych pomysłów – wolę jadać same owoce i chleb z dżemem.

      Pada jak z cebra, po niespełna 20 minutach zabiera mnie dwóch panów pracujących w tirańskiej regionalnej telewizji. W swoich programach poruszają kwestie obyczajowo – społeczne, politykę i filmy.

      Na moją uwagę o płatnym stopowaniu, reagują natychmiast.

      -Nie dziw się, to jest biznes, jesteśmy bardzo biednym narodem, musisz to zrozumieć, to jeden z nielicznych sposobów na dorobienie sobie kilku groszy...

      Odpieram, że w Bośni jest inaczej, a również jest bieda.

      -Bośnia była miała przez długi czas wpływy Austro-Węgier, my zajadle uciekaliśmy w komunizm. Bośnia jest zdecydowanie wyżej gospodarczo. - Ucina krótko.

      -A co myślisz o Hodży?

      -Mam neutralny stosunek, zrobił wiele złego i dobrego...

      Zajeżdżamy do największego w kraju centrum handlowego, gdzie dzieciaki tańczą „Waka waka” Shakiry, jest mnóstwo atrakcji, firmowych sklepów, przepych wśród Albańczyków.

      Wieczorem maszeruję w Elbasanie w poszukiwaniu bezpiecznego miejsca do snu. Standardowa procedura, w grę wchodzi albo posesja albo stacja benzynowa.

      Dzwonię do domofonu jednego z wyższych domów w okolicy. Jest już dosyć późno.

      Próbuję po angielsku, włosku, łamanym serbskim – nic nie rozumieją, ale skutkuje tym, że wychodzi po mnie jakiś pan. W swoich szpakowatych włosach nie krył zdziwienia widząc mnie, nic nie mówił tylko starał się zrozumieć mój "neapolitański" bełkot z bogatą gestykulacją. Patrzył na mnie jak na kosmitę, zwołał sąsiadów i ugościł na parterze swojego nieukończonego pomieszczenia . Mieli kilka koparek, psa na łańcuchu, nie rozumieli mnie, ale mimo to postanowili ugościć, poprosiłem o skrawek ziemi na namiot a dali dodatkowo piwo „Tirana”. Chcieli jeszcze jedzenie, ale grzecznie podziękowałem. Ich proste sfatygowane ubrania zdradzały ich prostotę i szlachetność. Mieli naturalny odruch chęci pomocy, żadnych kalkulacji.


      Dzień szesnasty

      (Elbasan - Ochryd)

       

      "Wiosenny kwiat" nadziei

      W Macedonii pogoda nie rozpieszczała, a szkoda, bo tutaj widoki powinny zapierać dech w piersiach, piękne góry i jezioro.

      Macedonia – źródłosłów francuski „Macedoine” (sałatka lub zbieranina) – symbolizują główną chorobę Bałkanów – pisał Robert D. Kaplan.

      Ta kraina, przeniesiona z rzeczywistości do sfery utraconego ideału, stawała się jeszcze piękniejsza – zrozumiałem, dlaczego żyjący tu poeci opiewają z goryczą i za pomocą hiperbol.[...]Tutaj zderzają się i nasuwają na siebie płyty tektoniczne Afryki, Azji i Europy, tworząc najbardziej zróżnicowany krajobraz o najrozleglejszych polach lawowych na całej kuli ziemskiej.[...].” - znów Kaplan.

      Czytam jeszcze w „Bałkańskich upiorach – podróży przez historię”: „Bałkany wydały pierwszych dwudziestu wiecznych terrorystów (Wewnętrzna Macedońska Organizacja Rewolucyjna – WMOR). To jakby organizacja Wyzwolenia Palestyny lat 20. i 30. finansowana przez Bułgarów i działająca na rzecz odzyskania tych części Macedonii, które po drugiej wojnie bałkańskiej przepadły Grecji i Jugosławii.”


      Ochryda złą pogodę rekompensuje mi Międzynarodowym Festiwalem Tańca Folklorystycznego „Spring Flower”, są lokalne media, telewizja i wielu zebranych gapiów. W imprezie biorą udział po dwie grupy z Turcji, Rumunii i kraju gospodarza. Rumuni w swych pokazach wyraźnie skoncentrowani na synchronizacji, w przeciwieństwie do Turków, którzy rozkręcają publikę, nogi same zaczynają tupać mi do rytmu. Turczynki w swoich ludowych strojach wyglądają wprost powalająco. Macedończycy najmniej wyraziści.

      Takie festiwale pozwalają wierzyć i mieć nadzieję, że już nigdy nie powrócą bałkańskie upiory, że już nigdy nie będzie grabieży, wojen i rzezi. Był to znak, ten festiwal od razu nasunął mi skojarzenie z historią. Jeszcze naście czy dziesiąt lat temu podobna inicjatywa byłaby mrzonką. Wszyscy powiewają swoimi flagami, ale wszystko odbywa się na zasadach pokojowych... Myślę, że to jest już ten czas, na szminkę i tusz...

      Tytułem puenty

      Cała wyprawa zajęła mi równe dwadzieścia jeden dni. Zwiedziłem jeszcze macedońską stolicę - Skopje. Zarówno Skopja jak i drogi powrotnej nie opisywałem już - i tak nie wierzę, że ktoś dojdzie do tego momentu, a jeśli doszedł, to winszuję wytrwałości.

      Wróciłem cały i zdrów w błyskawicznym tempie przedzierając się kolejno przez Serbię, Węgry, Słowację, by na końcu przywitać moje rodzinne Zdzieszowice – zajęło mi to dwa i pół dnia. W końcu zaznałem prawdziwej rozkoszy kąpieli w pełnej wannie z bąbelkami. Na nowo mogłem odkryć smak polskiego pomidora oraz docenić łóżko z ciepłą kołdrą. WITAJ POLSKO!

      I jeszcze cytując mojego brata: „I jak ktoś, kto całe życie przesiedział w domu, na ławce pod blokiem bądź przed telewizorem może pytać, co takiego widzę w tych podróżach? Jak takiemu wytłumaczyć na czym polega radość z możliwości skorzystania z wody - ciepłej wody, czystego łóżka, szczęścia z ugotowanego posiłku na prowizorycznej kuchence po całym dniu/tygodniu w drodze? Jak ma zrozumieć czym jest dziewicza wędrówka szlakiem górskim z krajobrazami zapierającymi dech w piersiach?”

      

      Więcej zdjęć z wyprawy tutaj:

      Galeria zdjęć

       

      i tutaj:

      Galeria zdjęć2

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      yazido-zizou
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 03 czerwca 2013 20:49
  • poniedziałek, 01 kwietnia 2013
    • Śladami Karla Denkego (28.03 - 29.03.2013)

      Choć nie przywykłem do opisywania tak krótkich podróży, to tym razem jednak myślę, że warto. Co wpłynęło na taką decyzję? Aura, która zmusiła mnie po raz kolejny jechać w tak spartańskich warunkach jak zima, no bo w końcu ile można oczekiwać cholernej wiosny. A sam wojaż dzięki swojemu charakterowi i niesztampowemu celowi wręcz musiał ujrzeć światła dziennego w takiej oto postaci - krótkiego reportażu z kilkoma zdjęciami z wyprawy

       

       

       

      Karl Denke - morderca z Ziębic

      Karl Denke - morderca i kanibal, który zapisał się niechlubnymi zgłoskami na karcie historii niewielkiego miasteczka w województwie Dolnośląskim (Ziębice). Miał w zwyczaju zwabiać swoje ofiary (w większości bezdomnych, prostytutki, żebraków) do swojego domu, następnie zagłuszając ćwiartował, by... zjeść lub zapeklować mięso a w ostateczności sprzedać na targowisku wrocławskim. Historia, która ujrzała światło dzienne w latach 20. XX wieku. i do dnia dzisiejszego rzuca swój cień na reputację tego miejsca, nawet pomimo dosyć ciekawej architektury i historii miasteczka. Mieszkańcy wciąż nie potrafią się otrząsnąć po dokonaniach psychopaty. Stąd na głębokie wody wypłynęli Edyta Górniak czy Janusz Kamiński. Szacuje się, że Karl zabił około czterdziestu osób. Sprawa wyszła na jaw w momencie, gdy jednemu z zaproszonych "gości" udało się uciec "spod gilotyny" i powiadomić o tym policję. Funkcjonariusze prawa początkowo nie chcieli wierzyć opowiadaniom, w końcu jednak postanowili zbadać sprawę. W momencie odkrycia okrutnych praktyk psychopaty zawieziono Karla do celi, gdzie niewiele później powiesił się na chuście. Policjanci w domu zwyrodnialca znaleźli rzemienie i sznurówki zrobione z ludzkich włosów i wiele zakrwawionych ubrań, peklowane ludzkie mięso...

      Wedle "wikipedowskiej" strony - po odkryciu morderstw w okolicy wybuchła panika. Splajtowała miejscowa wytwórnia konserw "Seidla", gdyż uważano, że kupowała mięso od Denkego. Ludzie przez kilka miesięcy nie jedli wędlin. Miasto musiało też przez jakiś czas korzystać z dostaw wody w beczkowozach, ponieważ mieszkańcy nie chcieli pić miejscowej, sądząc, że miejscowe źródła zostały zanieczyszczone przez trupy, które Denke zakopywał w ogródku. W ogródku dawnego domu Karla Denkego jeszcze w latach 70. znajdowano ludzkie szczątki.

       

      A tutaj kilka źródeł na temat Karla Denkego:
      http://pl.wikipedia.org/wiki/Karl_Denke
      http://www.nto.pl/apps/pbcs.dll/article?AID=/20090413/REPORTAZ/357676777
      http://www.youtube.com/watch?v=AqJ-wKlBotQ

       

       

      "Nie cel podróży jest najważniejszy, najważniejsza jest sama podróż"

      Jest to cytat wielu podróżników - ale i reportażysty Jacka Hugo-Badera, który również poniekąd jest podróżnikiem. Te znamienne  słowa powtarzałem jak mantra swojemu kompanowi podróży, który był inicjatorem całego przedsięwzięcia. Historia Karla nie była mi znana, nie ona była dla mnie najważniejsza - była jedynie tłem dla kolejnej wyprawy autostopowej. Siedząc wieczorem przed komputerem i spędzając czas na fejsbukowych pogaduchach natknąłem się tę historię. Kompan zamierzał odwiedzić jego grób i zobaczyć jego dom, ale brakowało bratniej duszy. Jeszcze tego samego wieczora nie zastanawiając się długo rzuciłem hasłem - więc jedźmy tam autostopem! - bo choć jak sam później przyznał pieniądze miał odłożone, a autostopu zasmakował - to niepełniona idea wspólnej wyprawy była czymś jak najbardziej pożądanym (wcześniej próba namówienia na wspólną podróż do Lwowa). 

      Pogoda nie rozpieszczała, zerknąłem do piwnicy - zakurzonej piwnicy - co jeszcze mogło zostać ze starego dobrego asortymentu. Jest karimata! - To sukces. U Mamy dostałem śpiwór, sterta ciepłych ciuchów i już byłem gotów. Wyruszyłem nad ranem pociągiem do Opola. Załatwiłem sprawę z Wojewódzką Ewidencją Zabytków (notki o zabytkach powiatu krapkowickiego) i miałem już czas tylko dla siebie. W poszukiwaniu pokoju na akademiku kompana miałem wrytą w beret naklejkę  Papa Smerfa na drzwiach. Zapukałem, dostając sygnał wszedłem do środka - to był ten sam stary dobry Klotz. Omówiliśmy szybko nasz plan i ruszyliśmy na wylotówkę. Po drodze tradycyjnie niewielkie "konserwowe" zakupy.
      Na pierwszego szofera czekaliśmy dość długo, ale nie ostudziło to naszych zapałów ani trochę. Kierowcami było małżeństwo, które postanowiło specjalnie po nas zawrócić, gdyż jak to oni określili - ich syn również jechał do Pragi i również musiał liczyć na pomoc innych.
      Jedziemy kilkanaście kilometrów w kierunku Nysy.
      W oka mgnieniu zatrzymuje się nam kolejny driver - tym razem furgonetką. Bądź co bądź facet klął jak szewc, ale przynajmniej okazał się w porządku. Na pytanie czy słyszał cokolwiek na temat Ziębic odparł - tam psy chujami wodę piją! I jest masa Cyganów! - Dotąd zresztą każdy rozmówca kwitował tego typu pytanie podobnie - dla nas miało to swoje pozytywne strony, w końcu tego nam brakowało - głupiej adrenaliny.
      Facet ten miał manierę (jak wielu w jego zawodzie) opowiadania o dziwkach i tym podobnych historiach. Asertywność? W autostopie ją porzuć. Mimo nikłego zainteresowania zacząłem drążyć - miałem kiedyś kierowcę, który chwalił się czterema studentkami, które miał przyjemność wieźć, by na końcu się jemu oddały. Był on jednak niezwykle obleśny, czy sądzi Pan, że to jest możliwe? - mógł o tym mówić bez końca...
      Pocieszeni takim przebiegiem sytuacji (sprawnie złapany drugi stop) mieliśmy nadzieję na więcej. Znów się udało w dość szybkim tempie złapać. Kierowca TIR-a zgoła odmienny od poprzednika - na poziomie, nie przeklinając - rozmawiał. Zajechaliśmy do Paczkowa.
      Miasteczko ze swoimi średniowiecznymi murami i dosyć ciekawą architekturą robiło na nas wrażanie. To się kogoś zaczepiło (czyt. porozmawiało), to ktoś chciał coś od nas, mówiąc krótko na nudę narzekać nie mogliśmy. Zapadał zmrok a do celu jeszcze jakieś 17 km. Klotz postanowił napisać do koleżanki, którą notabene miałem przyjemność poznać na Woodstocku i która jest dziewczyną od kumpla ze starych studenckich czasów (socjologia). Chodziło oczywiście o ewentualne przenocowanie w jej stodole...

      Klotz w oczekiwaniu na szofera...

      Klotz w oczekiwaniu na szofera...


      Problem jednak polegał na tym, że ów stodoła nie do końca istniała, a przynajmniej nie przy bloku w którym mieszkała... Klotz miał zarejestrowane w głowie, że Ona mieszka w jakimś gospodarstwie, gdzie zwierzątka mówią dobranoc, gdzie są wszystkie dobrobyty gospodarcze, jak pole, traktory czy właśnie ta nieszczęsna stodoła :)
      Stodoła może i jest, ale jedynie odświętnie u babci - jak trzeba pomóc to nasza bohaterka ochoczo do niej jeździ. Pozostała nadzieja na złapanie czegoś na drodze, gdzie brak samochodów, brak światła, gdzie wszystko sprawia aurę, że człowiek czuje się jak na przysłowiowym "końcu świata".
      O naszym losie decyduje... rzut monetą, gdzie "orzeł" oznacza to, że wracamy do centrum Paczkowa, gdzie udało nam się wytargować piwnicę - wiem, jesteśmy bez skrupułów - są święta, goście, całe to szaleństwo no i nasze żądania przenocowania nas. Wracając jednak do monety to "reszka" miała oznaczać prawdziwy wyrok, bo spacer około 17 kilometrów do Ziębic przez las, bez latarek i innych tym podobnych gadżetów do takowych z pewnością należy. Mamy już po 21:00.
      Rzucam monetę, podświadomie kibicuję orzełkowi, i... ORZEŁ!
      Robimy kilka zdjęć i wracamy do centrum, a stamtąd odbiera nas Werka i jej młodsza siostra Ania. W piwnicy pada tylko pytanie czy chcemy herbatę, jemy jednak kolację i kładziemy się spać. Warunki jak na piwnicę nie najgorsze, bo znalazł się jakiś materac, miejsca dużo, a i ciepło (sprawdzone klatki i piwnice już w przeszłości na Słowacji, dały mi stuprocentową pewność, że ta noc będzie błoga). Poinstruowałem Klotza o moim chrapaniu i zapadłem w letarg snu. 

      Piwnica.

      Piwnica

       

      Klotzu z sylwetką herosa.

      Klotzu z sylwetką herosa

       

      Jak na posiadacza tak zacnej ksywy przystało, Klotzu nawet podczas rzekomej jazdy na rowerze wygląda jakby robił...

      Jak na posiadacza tak zacnej ksywy przystało, Klotzu nawet podczas rzekomej jazdy na rowerze wygląda jakby robił...

       

       

       

       

      Nocleg w piwnicy i poszukiwania grobu Denkego...

      Rano przebudzają nas dwaj goście - wraz z końcem miesiąca sprawdzane są liczniki. My rozwaleni w najlepsze, oni przechodzą obok i cisza - zareagują czy nie - znów mamy sporo szczęścia. Ogarniamy się i ruszamy zdobyć upragniony cel. Wtenczas w sukurs przychodzi nam Ojciec koleżanek - i zawozi nas kilka kilometrów w obranym kierunku.
      Żegnamy się, dziękując za "gościnę" i robimy dalej swoje. Zostaje ostatnia prosta. Idziemy pieszo i jeśli - tylko coś przejedzie to wystawimy palca - to jest taktyka na teraz. Las i nagły sygnał Klotza - kurwa! Nie mam telefonu! - zapomniał...
      Teraz sam się przekonał, że podróżując można łatwo zgubić telefon :P
      Ja ich zgubiłem już mnóstwo. Kolejny fart - "Ojciec" podwozi odnalezioną zgubę - Klotzu odzyskuje werwę - konsumujemy i możemy już iść dalej.
      - Rumunia! Tu jest jak w Rumunii! - Krzyczę do Klotza, przecież wszyscy chodzą w takich trzewikach, w takich swetrach, jest wieś, jest dużo psów - wszystkie szczekają - ja nie pozostając im dłużny robię swoje firmowe auuuuuuuuuułłłłuuuu.
      Jeden nawet wyskakuje na dach - patrz, patrz na nim pewnie oszczędzić łańcucha chcieli - śmieje się Klotzu. Rzeczywiście psiak miał dziuplę zrobioną prosto ze strychu na dach.


      Polska Rumunia

      Polska Rumunia

       

       

      Polska Rumunia

      Polska Rumunia c. d.

       

      Co i rusz słyszę zdumionego Klotza - jak w Pawonkowie, mówię ci! -
      Łapiemy w końcu stopa prosto do celu! Zatrzymują się nam dwie kobiety z dziewczynką, którą za zadanie mieliśmy pocieszać, gdyż właśnie wyczekiwała wizyty u stomatologa. Kobiety nie omieszkały się opowiedzieć historii Edyty Górniak i jej zawirowań z rodziną - o jej pogrzebie ojca. Sprawy plotkarskie były najwyraźniej dla nich na pierwszym miejscu.

       

      Klotzu po odzyskaniu telefonu

      Klotzu po odzyskaniu telefonu

       

      Zadek psa dachowego

      Zadek "psa dachowego"

      (w tej dziupli nad daszkiem do drzwi wejściowych)

       

      Naszą uwagę zwracają brama i ratusz miasta. Szukamy ulicy Stawowej 13 - tam rozprawiał się ze swoimi kloszardami Pan Denke. Dom nie robi piorunującego wrażenia, choć Klotzowi do gustu przypadły beczki - ty, stary! Te beczki robią wrażenie, co? - z przestrogą się dopytuję. Kwituję to jedynie uśmiechem.

       

      Stawowa 13.

      Stawowa 13.

       

      Stawowa 13.

      Stawowa 13 - to tutaj zabijał i zjadał...

       

      - Musimy wejść do domu - odparłem - przecież nie odpuścimy tego na tym etapie - pod pretekstem studentów psychologii badających dewiacje i inne zboczenia przyszykowaliśmy regułkę i zadzwoniliśmy. Niestety aż trzykrotne użycie dzwonka nie pomaga - pewnie wyjechała na święta, albo ma już dość takich jak my - mówimy sobie.
      Następna przystań to cmentarzysko i poszukiwanie bezimiennej mogiły Karla. Tylko jak to zrobić skoro jest bezimienna? Zwiedzanie cmentarza i odnalezienie grobu zakończyło się fiaskiem. Jakiś Pan, który spoczął tutaj - o wygrawerowanym nazwisku Kloc - robimy zdjęcia i ruszamy dalej.

      Zwiedzamy "największego orła Europy", czyli pomnik Orła Piastowskiego zbudowany na 1000-lecie istnienia Państwa Polskiego. Wysokość pomnika to ok. 7 metrów a rozpiętość skrzydeł blisko 10 metrów - rzekomo jest największy...

      Klotz robi

      Klotz robi "jaskółkę" pod orłem

       

      ...Klotz robi

      ...Klotz robi "orła" pod orłem

       

       

      Panorama Ziębic

      Panorama Ziębic

       

      Orzeł Piastowski, rzekomo największy w Europie

      Orzeł Piastowski, rzekomo największy w Europie

       

      Opodal spostrzegamy park z dinozaurami, jest sympatycznie. Mamy ostatnią godzinę. Maszerujemy do Urzędu Miasta, gdzie z wymalowanym uśmiechem na twarzy prosimy o informację na temat Karla Denkego - urzędnicy starają się utrzymać fason, choć widzimy oznaki ich lekkiego zdezorientowania. Przekierowują nas do muzeum, gdzie na naszą prośbę zatrzymują dyrektora tejże placówki przed "pójściem na święta". Na odchodne "częstują" nas długopisami, broszurkami i innymi gadżetami Ziębic - wielki plus!
      Dyrektor mimo pośpiechu obiecuje nam przesłać po świętach materiały na temat zwyrodnialca - wychodzimy spełnieni.

       

       

       

       

      Rozjechany dzik, kierowca beemki i Góra Św. Anny

      Czas na powrót w którym na dobrą sprawę niewiele się działo, poza kryzysem na jakiejś wiosce, gdzie jedynymi samochodami byli ludzi, którzy mieliśmy wrażenie, że non stop jeżdżą w kółko. Wariowaliśmy, ponad 1,5 h czekania to żadna tragedia, ale i tak wariowaliśmy :)

      Panie Boże...

      Panie Boże...

       

      ...oby Ci sami przestali jeździć wkoło

      ...oby Ci sami przestali jeździć wkoło

       

      Klotz postanowił nawet wymodlić jakiegoś szofera, graliśmy w piłkę kamieniem i staraliśmy się nie tracić nadziei. Finisz przebiegł bez zakłóceń - kierowcy kulturka - jesteśmy już prawie pod Opolem. Bym zapomniał, poprzedni kierowca był ciekawy z racji tego, że miał okazję pracować w Korei Północnej, tak dobrze widzicie! - W Północnej - tej biednej i zamkniętej na świat.
      No i ten ostatni driver przed pożegnaniem z moim kompanem (musiałem zawrócić na wylotówkę autostradową tak, aby jechać na Górę Św. Anny), facet zaczął jeździć autostopem samotnie już w wieku 11 lat! Fenomen - w ten sposób jak sam mówi - mógł w ogóle zobaczyć cokolwiek. - Na sam koniec zszedł na tematy religijne, a ja się dałem wciągnąć... moja przejażdżka z nimi dobiega końca - muszę sobie radzić sam. Po prawej stronie w rowie leży wielki dzik z dziurą w zadzie - dziwne uczucie widzieć rozjechanego dzika tak blisko. Wyciągam kciuka i zatrzymuje się BMW, facet jedzie cały czas, pomimo wielkiego ruchu ponad 150 km/h - rozmawia przez telefon (kwestie interesów). W końcu rzuca "słuchawkę", opowiada, że stopem zjechał cały świat - myślisz, że dlaczego ciebie zabrałem? Sam kiedyś jeździłem dużo. Tajlandia, Chiny, Ameryka, cały świat! - zaczął się chwalić dodając - ile tam stałeś? Pewnie długo? - na co jemu odpowiadam z nieskrywaną satysfakcją - dwie minuty! Na pożegnanie stwierdził jeszcze, że podróże to nie kwestia pieniędzy, to po prostu idea, to mentalna potrzeba - przytaknąłem i zostały tylko brameczki autostradowe. Łapię TIR-owca. Jadę na "Ankę" i już prawie jestem w domu. Jest zimno i późno, a ja nie mam zamiaru przedzierać się sam przez traumatyczne i enigmatyczne lasy Góry Św. Anny, gdzie porąbanych historii o duchach jest bez liku. Dzwonię po ludziach, Ojciec przyjedzie, ale muszę się uzbroić w cierpliwość.
      Ostatecznie dojeżdżam dzięki uprzejmości jakiegoś małżeństwa w średnim wieku - jestem w domu. Znów kąpiel w bąbelkach i wannie pełnej gorącej wody sprawiają przyjemność największą. Znów pełna lodówka wywołuje u mnie szeroki uśmiech, po raz kolejny będzie można docenić ciepło grzejników i miękkie łóżko.

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Śladami Karla Denkego (28.03 - 29.03.2013)”
      Tagi:
      Autor(ka):
      yazido-zizou
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 01 kwietnia 2013 20:14
  • środa, 20 marca 2013
    • Subiektywny ranking zwiedzonych miast.

      Ranking jest zestawieniem zupełnie subiektywnym, w którym rozpatrzyłem pięć kategorii ("bezpieczeństwo-b", "niespodzianki-n", "łatwość autostopowania do tego miejsca-a" - choć nie we wszystkich przypadkach było właśnie tak, że jechało się autostopem, wtedy uznawałem stałą - średnią ocenę "tróję", "walory turystyczne-t" i "ludzie-l"). Pod kategorią "niespodzianki" należy rozumieć wszystko - co pozytywnie lub negatywnie - zaskoczyło mnie w danym mieście. Jest to nieco tożsame z kategorią "ludzie" i "bezpieczeństwo", ale niezupełnie. Pod tym pojęciem mogą kryć się na przykład takie sprawy jak nieoczekiwana impreza regionalna ("Kaziuki" w Wilnie), pogoda (nagłe jej załamanie), czy wielka różnica cen w porównaniu z resztą obszarów danego państwa.

      Każda z kategorii była oceniana w skali szkolnej od 1-6. Sumując wszystkie wyniki doszedłem do ciekawego podsumowania...
      Zapraszam!

      1. Lwów (UKR) [b-4  n-6  a-5  t-6  l-6]              27pkt

      -  Budapeszt (WĘG) [b-5  n-6  a-4  t-6  l-6]       27 pkt

      3. Avignon (FRA)    26 pkt [b-5  n-6  a-4  t-5  l-6]

      - Mtskheta (GRU)     26 pkt [b-6  n-5  a-5  t-6  l-4]

      - Lyon (FRA)          26 pkt [b-5  n-6  a-5  t-4  l-6]

      - Zakopane (POL) 26 pkt [b-6  n-5  a-5  t-5  l-5]

      - Sarajewo (BiH)      26 pkt [b-5 n-6 a-5 t-6 l-4]

      Plac Sebilj.

      8. Kraków (POL)     25pkt [b-4  n-5  a-6  t-6  l-4]

      9. Rzym (WŁO)     24 pkt [b-4  n-6  a-2  t-6  l-6]


      - Wrocław (POL)     24pkt [b-5  n-4  a-6  t-5  l-4]

      - Batumi (GRU)      24 pkt [b-5  n-5  a-4  t-5  l-5]

      12. Kazbegi (GRU)    23pkt [b-5  n-5  a-4  t-6  l-3]

      - Praga (CZE)    23pkt [b-5  n-4  a-4  t-6  l-4]

      - Ryga (ŁOT)     23pkt [b-4  n-5  a-6  t-5  l-3]

      - Casablanca (MAR)     23pkt [b-4  n-4  a-6  t-5  l-4]

      - Monachium (NIE)     23pkt [b-5  n-5  a-4  t-4  l-5]

      - Istambuł (TUR)        23pkt [b-4  n-5  a-4  t-6  l-4]

      18. Tallinn (EST)     22pkt [b-6  n-4  a-3  t-5  l-4]

      - Mostar (BiH)     22 pkt [b-4 n-4 a-5 t-5 l-4]

      Mostar -

      - Plitwickie Jeziora (CHR)     22 pkt [b-6 n-4 a-2 t-6 l-3]

      Plitwickie Jeziora.

      -Jajce (BiH)     22 pkt [b-5 n-4 a-5 t-3 l-4]

      Jajce - mury obronne twierdzy.

      -Medziugorje (BiH)      22 pkt [b-6 n-4 a-5 t-3 l-4]

      Medziugorje.

      -Kotor (CRG)      22 pkt [b-5 n-5 a-4 t-4 l-4]

      Widok z rybackiej wioski Muo na Kotor.

      -Skopje (MAC)      22 pkt [b-4 n-5 a-3 t-6 l-4]

      Pomnik Aleksandra Wielkiego - Skopje.

      25. Gdańsk (POL)    21pkt [b-4  n-4  a-4  t-5  l-4]

      - Tbilisi             21pkt [b-4  n-4  a-4  t-5  l-4]

      - Wiedeń (AUT)     21pkt [b-6  n-4  a-3  t-4  l-4]


      - Salzburg (AUT)     21pkt [b-6  n-4  a-3  t-4  l-4]

      - Marrakesz (MAR)     21pkt [b-3  n-4  a-6  t-5  l-3]

      - Fez (MAR)            21pkt [b-3  n-4  a-6  t-4  l-4]

      -Barcelona (HIS)   21pkt  [b-4  n-5  a-1  t-6  l-5]

      - Drezno (NIE)            21pkt [b-5  n-5  a-4  t-4  l-3]

      -Ochryd (MAC)      21 pkt [b-5 n-4 a-3 t-4 l-4]


      -Dubrownik (CHR)     21 pkt [b-5 n-4 a-2 t-6 l-3]

      Dubrownik.

      - Wenecja (WŁO)       21pkt [b-5  n-5  a-1  t-6  l-4]

      36. Warszawa (POL) 20pkt [b-4  n-4  a-4  t-5  l-3]

      - Wilno (LIT)      20pkt [b-4  n-5  a-4  t-4  l-3]

      - Rabat (MAR)          20pkt [b-4  n-3  a-6  t-3  l-4]

      - Amsterdam (HOL) 20pkt [b-4  n-4  a-3  t-4  l-5]

      - Montpellier (FRA)  20pkt [b-4  n-4  a-4  t-4  l-4]

      - Innsbruck (AUT)   20pkt [b-5  n-4  a-3  t-4  l-3]

      - Bukareszt (RUM)  20pkt [b-4  n-4  a-4  t-4  l-4]

      - St. Gallen (SZW)    20pkt [b-5  n-4  a-3  t-4  l-4]

      - Berlin (NIE)            20pkt [b-5  n-4  a-4  t-4  l-3]

      - Florencja (WŁO)    20pkt [b-5  n-5  a-1  t-4  l-5]

      47. Tirana (ALB)                         19,5 pkt [b-3 n-3 a-5,5 t-4 l-3]

      Mauzoleum Hodży. Tirana.

      48. Frankfurt nad Menem (NIE) 19pkt [b-5  n-3  a-3  t-4  l-4]

      - Besancon (FRA)                         19pkt [b-5  n-3  a-4  t-3  l-4]

      - Genewa (SZW)                           19pkt [b-5  n-4  a-2  t-4  l-4]

      - Mediolan (WŁO)      19pkt [b-5  n-5  a-1  t-4  l-4]

      - Werona (WŁO)    19pkt [b-5  n-5  a-1  t-3  l-5]

      53. Walencja (HIS) 18pkt [b-5  n-4  a-1  t-4  l-4]

      - Paryż (FRA)           18pkt [b-3  n-4  a-1  t-6  l-4]

      - Bologna (WŁO)      18pkt [b-5  n-5  a-1  t-3  l-4]

      56. Kolonia (NIE)      16 pkt [b-3  n-3  a-3  t-4  l-3]

      57. Antwerpia (BEL) 15pkt [b-3  n-3  a-3  t-3  l-3]

      58. Tangier (MAR)     13pkt [b-1  n-2  a-6  t-3  l-1]

      - Marsylia (FRA)          13pkt [b-1  n-3  a-4  t-4  l-1]

      - Tarragona (HIS)      13pkt [b-3  n-3  a-1  t-3  l-3]

      61. Bratysława (SŁC) 10pkt [b-2  n-2  a-1  t-3  l-2]


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      yazido-zizou
      Czas publikacji:
      środa, 20 marca 2013 01:34
  • poniedziałek, 31 grudnia 2012
    • Avignon, fotoreportaż z wyjazdu. Cz.1.

      Festiwal Cudów


      66 FESTIVAL D'AVIGNON

      W minione wakacje podobnie jak w ubiegłym roku skusiłem się na wyjazd do Avignon na międzynarodowy festiwal teatralny. Rozpływałem się tą imprezą w ub. roku, zachwycałem się ją i tym razem. Skąd w ogóle pomysł by jechać prawie 1800 km w jedną stronę na takowy festiwal? Jakie miejsca zdołałem zwiedzić po drodze? Kogo można tam spotkać, oraz dlaczego nie udało mi się zarobić ani grosza na ulicznym buskerowaniu? - Opowiem w relacji z mojego pobytu we Francji. Magnifique Avignon! Gorąco zachęcam.

       

      Avignon niespełna dziewięćdziesięciu tysięczne miasteczko na południu Francji (Prowansja). Prócz niechlubnej reputacji pod względem braku bezpieczeństwa, nad Sekwaną miasteczko słynie z bogatej historii. O awiniońskim moście śpiewał zespół Kombii:

       

      (...)Nie zgubię swego dnia,
      Ciepła Twoich rąk.
      Tańca na moście
      Choćby i w Awinion.
      Nie zgubię swego dnia,
      Ludzi, którzy tak
      Blisko są.(...)”

       

      Legenda głosi, że pasterz o imieniu Bénézet (stąd nazwa mostu Pont Saint-Bénézet) nagle usłyszał głos z zaświatów. Głos ten nakazał jemu wybudowanie mostu na drugi brzeg rzeki Rodan. W celu udowodnienia pozaziemskiego charakteru całej historii pasterz musiał dźwignąć wielki kamień, którego nie potrafiło przedtem podnieść kilkudziesięciu mężczyzn. Świadkowie tego zdarzenia nie mogąc się nadziwić temu co widzieli, założyli „Bractwo Mostowe” i zorganizowali zbiórkę na wybudowanie mostu. Obecnie możemy podziwiać pamiątkową romańską kaplicę upamiętniającą owe wydarzenie.

      Kolejnym ważnym miejscem nie tylko dla Prowansji, ale również dla całego kraju jest Pałac papieży i antypapieży. Mury obronne otaczające wokół nadają wyjątkowego charakteru miastu. Prócz jednak walorów stricte turystycznych miasto ma coś jeszcze czym przykuwa wzrok całej Francji.

       

      Pałac papieży i antypapieży.

       Pałac papieży i antypapieży.

       

       

      Wejście główne.

       

       

      Katedra Notre - Dame - des Doms.

       

       

      Pałac papieży i antypapieży.

       

      Zapachniało Hawaną.

      Zapachniało Hawaną.


      Mury w Awinion.

       

      Mury w Awinion.

       

      Mury w Awinion.


      65 lat historii festiwalu

      Po raz pierwszy ruszyła edycja w 1947 roku, a inicjatorem pomysłu był Jean Vilar. Początkowo występowały głównie trupy francuskie, dziś to jedna z najważniejszych tego typu imprez na świecie. Artyści poszukują nowych form wyrazu sztuki, wykraczających znacznie ponad tradycyjne formy teatralne. Nie dziwi tutaj nikogo widok najdziwniejszych i najwymyślniejszych przedstawień bezpośrednio na ulicy, a sam festiwal trwa kilkanaście dni. Podczas święta można spotkać wielu wspaniałych ludzi ze świata kina, show-businessu, oraz masę polskich ulicznych artystów jeżdżących za chlebem po całym świecie. Jest to niewątpliwie specyficzna grupa ludzi zrzeszających się na ten czas i wystawiających swój artyzm w teatrach, lub właśnie na ulicach. Nie do każdego trafia ten charakter imprezy, ale dla mnie pod względem kreatywności, ciekawości i oryginalności ludzi ta społeczność przewyższa nawet tę woodstockową.

       

      Skąd się nagle wzięła fascynacja festiwalem, kogoś o takiej znieczulicy artystycznej?

      Zupełny przypadek spowodowany ubiegłorocznym wojażem autostopowym po Zachodniej Europie w sezonie letnim. Jadąc z pewnym kierowcą przez to miasto (wcześniej nic o nim nie słyszałem) zetknąłem się z tą niesamowitą historią właśnie dzięki niemu. Jak się później okazało sam jest muzykiem i gra koncerty po całej Francji. Motywacją by nie ominąć Awinionu była chęć zarobku jako uliczny artysta. Dojeżdżając już na południe Francji byłem zmuszony zarabiać pieniążki w ten sposób, by móc jechać dalej i dalej... Cała historia ze szczegółami została już opisana wcześniej na blogu w wątku „Być buskerem i jednocześnie zwiedzać Europę – to jest dopiero klawe życie!”.

      Tym razem prócz zrozumiałej samorealizacji w kolejnej autostopowej przygodzie zapragnąłem zarobić w ten sposób na kolejny wojaż do Iranu (ostatecznie wylądowałem w Gruzji, o czym jeszcze opiszę w przyszłej relacji). W przeciwieństwie jednak do ostatnich wakacji nie zamierzałem zaprzepaścić takiej szansy i zdążyłem wrócić po Awinionie na kolejny festiwal – ten w Kostrzynie nad Odrą. Ale nim do tego doszło działo się mnóstwo ciekawych rzeczy, co postaram się opisać przeczesując mój dziennik z podróży.

       

      W pierwszą stronę przez „Miasto Mozarta” i Genewę

      Będąc świeżo po obronionej pracy licencjackiej, notabene temat pracy dotyczył autostopu ("Społeczne uwarunkowania podróżowania autostopem") po niedawnym weselu Arona i Izy, oraz udanym spływie kajakowym z bracią studencką byłem pełen optymizmu co do realizacji kolejnego celu. Znów nie obyło się bez tzw. dzikich noclegów „gdzie popadnie”. Znów nie mogło zabraknąć ciekawych kierowców. Jeden z nich właśnie tak bardzo zaczął mi wychwalać piękno Salzburga, że zdecydowałem się zwiedzić to miasto. Nie żałowałem, gdyż śnieżne budynki i Mozartowskie elementy robiły wrażenie (kawiarnie Mozarta, ławki w kształcie pianina, czy sam dom w którym zamieszkiwał wielki mistrz gry na instrumentach klawiszowych). Była również świetna okazja by postawić stopę na jednym z najmniejszych państw świata, a mianowicie na Liechtensteinie. Stąd by się wydostać musiał mnie zabrać dopiero ekwadorski kierowca (który rzekomo nigdy się nie zatrzymuje autostopowiczom). Dużo szczęścia miałem również natrafiając na polskiego kierowcy, który wykłada w Szwajcarii filozofię. Gość naprawdę trzymał poziom i robił wszystko żeby mi pomóc. Jadąc przez Alpy pogoda znów nie rozpieszczała (ciekawa rozmowa z serbskim kierowcą). A Mijając Szwajcarię natknąłem się na Genewę i przepiękne Jezioro Genewskie (największe w Europie Zachodniej). Po karłowatym Liechtensteinie musiałem się nieźle napocić, by dojechać do Genewy, która już miała mnie dzielić od Avignon jedynie kilkaset kilometrów. Widząc grupę Polaków z Ciechanowa zwiedzających jeden z zameczków przy jeziorze postanowiłem zagaić do nich. Udało się tuż po tym jak zwiedzili twierdzę zabrali mnie do swojego luksusowego samochodu. Byli to studenci medycyny na stażu w Szwajcarii – 3 kobiety i jeden facet. Na koniec podarowali mi swojej robocizny pyszne ciasteczka. Prawdziwą zmorą okazało się po raz kolejny przekraczanie granicy pomiędzy Szwajcarią, a Francją, gdzie za żadne skarby nie chciał się zatrzymać żaden z kierowców. Jakby było tego mało, to grupka ludzi gestykulują mi, że jest to niemożliwe nie dawała mi spokoju. Ja jednak zachowałem zimną krew tłumacząc wszystkim, że to już nie jest mój pierwszy raz, a podobne sytuacje są czymś normalnym. Po drodze przejeżdżam przez centrum Grenoble i innych miast typowo nastawionych na zimową turystykę. Niedaleko stąd jest Chamonix z widokiem na masyw Mont Blanc, które mimo że nie należy do zbytnio urodziwych został tak świetnie wypromowany (tak wiem, wiem jest najwyższym szczytem na naszym kontynencie, ale to na tyle) przez mistrzów w tej dziedzinie Francuzów ("jakiś blaszak" na 300 m którym się wszyscy zachwycają w Paryżu, sam Paryż jako rzekomo najbardziej romantyczne miejsce na całej kuli ziemskiej, czy w końcu język francuski będący tak megalomańsko akcentowany przez ich kulturę, że głowa mała). Nie żebym nie lubił ich kultury, mam nawet pewnego rodzaju słabość do ich piłki kopanej dzięki geniuszowi Zidane'a, który już na stałe odbił piętno w mojej głowie. Tomasz Smokowski – najlepszy Polski komentator sportowy, zaszczepił mi za dziecka pewną niepohamowaną fascynację francuską piłką co z kolei przerodziło się w chęć poznania ich kultury. W końcu się jednak udało i po wielu trudach dojechałem do celu.

       

      Molo nad jeziorem Genewskim.

      Molo nad jeziorem Genewskim.

       

      Sielanka w wersji austriackiej.

       

      Sielanka w wersji austriackiej.

       

      Pal licho czy pojadę przez Austrię, czy przez Szwajcarię - byle do przodu!

      Pal licho czy pojadę przez Austrię, czy przez Szwajcarię - byle do przodu!

       

      Już tylko 7 km...

      Już tylko 7 km...

       

      Salzburg!

      Salzburg!

       

      Salzburg!

       

      Salzburg!

       

      Łakocia w wydaniu Mozarta.

       

      Salzburg.

       

      Furmanka w Salzburg.

       

      Tablica na kamieniczce zamieszkiwanej przez Mozarta.

       

      Salzburg.

       

      Salzburg.

       

      Salzburg.

       

      Salzburg.

       

      Salzburg.

       

      Salzburg.

       

      Salzburg.

       

      Salzburg.

       

      Salzburg.

       

      Salzburg.

       

      Salzburg.

       

      Salzburg.

       

      Salzburg.

       

      Salzburg.

       

      Salzburg.

       

      Salzburg.

       

      W Liechtensteinie.

      W Liechtensteinie.

       

      Samokosząca kosiarka, takie cuda tylko w Liechtensteinie.

      Samokosząca kosiarka, takie cuda tylko w Liechtensteinie.

       

       

       



       

       



      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      yazido-zizou
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 31 grudnia 2012 14:35
    • Avignon, fotoreportaż z wyjazdu. Cz. 2.

      Festiwal w Avignon.

      Festiwal Cudów, ale jakby nieco już wyblakł

      Kiedyś gdzieś usłyszałem taką prawdę, że intensyfikacja doznań jakich doświadczamy po raz pierwszy w danym środowisku, po wtórym przyjeździe miejsce to może brutalnie nas zawieść. Wielkim zawodem było dla mnie zobaczenie wielu artystów, jakich miałem przyjemność oglądać w ubiegłym roku. Znów genialny artysta grający swe ballady na gitarze klasycznej. Po raz kolejny facet tańczący motywy Michaela Jacksona. Tradycyjnie nie zabrakło już rumuńskiej trupy, która jako urocza rodzinka zbiera na swych ulicznych popisach prawdziwe kokosy. Malarze sprayami jakby znów Ci sami. A irański szkicownik jest już tu prawdziwą instytucją. Cóż jednak z tego jak mimo wszystko znów bawiłem się naprawdę przednio. Prawdziwą konsternację budziły występy „lewitujących” gości. Sprawę miałem już zbadaną i przestudiowaną przed wyjazdem i wiem, że jest to niezwykle efektowna ściema. Multum ludzi nie może pojąć jak to działa – odpowiedź znajdziecie tutaj: http://www.youtube.com/watch?v=etSivpBHUmE. Jest to starannie przygotowany fake. W końcu dostrzegam również jakąś obrzydliwie bogatą celebrytkę z oszpeconą po operacjach twarzy. W asyście nie mogło zabraknąć jej prywatnego tłumacza oraz pana od zaspokajania jej wszystkich potrzeb (wybaczcie, ale kątem oka podczas przeglądania zdjęć zwróciłem uwagę na zdjęcia w jej telefonie). Zagaili jakimś cudem do mnie co sądzę o przedstawieniu. Bez namysłu odpowiedziałem, że to fake, a szczegóły mogą znaleźć wpisując na YT „secret of levitation”. Szybko zapisali sobie ową notkę i poszli dalej. W oka mgnieniu otaczają mnie ludzie z grupy lewitujących i proszą o niezdradzanie nikomu tajemnicy, za co w następnych dniach bardzo mi dziękują przy każdorazowym mijaniu się. Inny z kolei artysta zaczął wyginać się niczym elastyczna guma, budząc u większości obrzydzenie (widoczna choroba genetyczna). Avignon znów nie śpi. Wszyscy przez kilkanaście dni się bawią. Policja pozwala na nieco więcej niż zwykle, a liczba turystów przyprawia o zawrót głowy. Zgiełk daje się we znaki już po kilku dniach, gdzie ludzie zaczynają irytować swoim wchodzeniem sobie w paradę. Mnie tym razem nie udaje się zarobić ani grosza, przez zwykłe gapiostwo i brak zorganizowania. Zostawiłem kilka akcesoriów (nie chciałem odstawiać fuszerki). Spróbowałem przez chwilę, nawet się przebrałem, ale zabrakło też najnormalniej w świecie jaj i fantazji, która w ub. roku nie opuszczała mnie ani na krok. Niestety, fundusze na kolejną wyprawę będę musiał zarobić po powrocie w inny sposób. Teraz jednak zrobiłem sobie małe wakacje. Ciekawym doświadczeniem było spędzenie całego wieczora z japońską podróżniczką (włóczy się już od kilku lat), której ugotowałem zupkę na swojej kuchence, oraz pomogłem w poszukiwaniach noclegu. Była ona kompletnym zaprzeczeniem Japonki, która uchodzi na całym świecie za świetnie zorganizowanego pracoholika. Podczas własnej włóczęgi zdarłem kolejną parę butów (dzięki Bogu wyposażyłem się w inną parę). Nocą przed powrotem miałem także okazję poznać Niemkę mieszkającą w Wietnamie od jakiegoś czasu, która jak sama określiła -ma gdzieś stereotypy, tam czuje się najlepiej, a do Polaków nic nie ma. Sama noc była prawdziwą wisienką na torcie, gdzie śpiąc pod mostem doszła do mnie grupa Latynosów i będąc zupełnie wolna zaczęła przygrywać na swych bębnach, tańczyć, oraz delektować się swoim towarzystwem i „wysokoogłupiającymi” trunkami. Sprawiali wrażenie naprawdę wolnych i szczęśliwych ludzi, którzy postanowili się zabawić. Wielu z nich to byli po prostu squatersi lub ludzie wykonujący street art.

       Cisza przed burzą.

       Cisza przed burzą...

      Avignon.

       

      Krucjata.

       

      Wszechobecne plakaty.

       

      Freestyle z piłką.

       

      Platany.

       

       

       

      Avignon.

       

      Coś dla panów...

       Coś dla panów...

      Avignon.

       

      Banana men.

       

      Urocza pani w klimatach bluesa.

       

      Avignon.

       

      Romeo i Julia.

       

      Indiana Jones.

       

      Bum, bum, bum...

       

      Living statue.

       

      Bajer na Klowna.

       

      Spuścizna po Majkelu...

       

       

      Julia...

       

      Rumuńska trupa.

       

      Lewitujący i ja.

      Lewitujący i ja.

       

      Legenda Awinionu, facet szkicuje od kilkudziesięciu lat, wyemigrował z Iranu.

      Żywa legenda Awinionu, facet szkicuje od kilkudziesięciu lat, wyemigrował z Iranu.

       

      Tolerancja dla każdego rodzaju sztuki.

       

      Perfomance w wykonaniu klowna.

       

      Człowiek guma.

      Człowiek guma.

       

      Lewitujący artyści (Chilijczyk, Filipińczyk, Meksykanin etc.)

      Lewitujący artyści (Chilijczyk, Filipińczyk, Meksykanin etc.)

       


      Prawdziwy mistrz! Katyusha i kawałki Y. Tiesena w jego wykonaniu to prawdziwa uczta dla ucha.

      Prawdziwy mistrz! Katyusha i kawałki Y. Tiersena w jego wykonaniu to prawdziwa uczta dla ucha.

       

       

       Cudze chwalicie, swego nie znacie” (droga powrotna)

      Kudowa Zdrój.

      Po wielu niespodziankach w drodze powrotnej przyszła pora na zwieńczenie całej wyprawy zacumowaniem się w Kudowie Zdroju. Nim to jednak nastąpiło nie mogę nie wspomnieć o wspaniałej historii, gdzie poznałem gościa stylizującego się na Rasta, który mając jedynie kilkanaście euro przy duszy postanowił zawojować autostopem Barcelonę. I udało się jemu! W sumie bez pieniędzy i poza domem spędził półtora miesiąca. Jego angielszczyzna pozostawiała wiele do życzenia, ale czeski rasta jakoś sobie poradził. Przez cały ten czas jadł tylko to, co zostało wystawiane przez sieci sklepów. Stwierdził nawet, że ani jednego dnia w stolicy Katalonii nie zaznał głodu. Jadł co chciał i ile chciał. Wystawiano arbuzy, lekko nadbite jabłka, melony, warzywa, ciastka etc. Miał też dużo szczęścia, bo zabrał się ze mną od granicy francusko-niemieckiej, gdzie stał polski kierowca, który jechał przez jego rodzinną Pragę prosto do Kłodzka. Zapytałem na parkingu, szofer nie widział problemu i odtąd w trójkę podtrzymując nierzadko filozoficzne dyskursy przejechaliśmy ten niewdzięcznie długi skrawek Europy tak szybko, że aż szkoda było się z nimi rozstawać. Po przekroczenie polskiej granicy tradycyjnie z zaoszczędzonych pieniążków kupiłem sobie wielką swojską kiełbasę. Przez najbliższe dwa dni postanowiłem pooddychać świeżym powietrzem i nieco uciec od ludzi. Postawiłem na miasteczko o charakterze uzdrowiskowym, by przechadzać się po górach. Zajrzałem do kaplicy czaszek w Czermnej. Nie miałem jednak szczęścia w poszukiwaniach tak bardzo wtedy potrzebnej mi kafejce internetowej. Bibliotekę mieli akurat w remoncie, właściciele kafejek internetowych albo chorowali albo byli na urlopach. Prawdziwą traumę miałem jednak śpiąc sam w środku lasu, gdzie nagle rozpętała się prawdziwa wichura, padały hektolitry deszczu (a spałem pod małym i nieszczelnym daszkiem). Na domiar złego czułem oddech jakiegoś zwierzaka, który raz za razem nocą nawiedzał moją miejscówkę. Rano byłem przemoczony do suchej nitki, ale dziś wspominam to z uśmiechem na twarzy. Pozostało niewiele czasu na Woodstock, więc zebrałem rzeczy i wróciłem do domu. Cała podróż mimo że bez większych niespodzianek i przygód obfitowała w wiele ciekawych przygód. Czułem mały niedosyt za niewykorzystaną szansę zarobienia sumki na Iran. Była to porażka, którą jeszcze długo rozpamiętywałem, ale na pewno się nie poddam i spróbuję swych sił jeszcze nie raz w buskerowaniu na ulicy.

       

      Grajkowie.

       

      Kudowa Zdrój.

       

      Swojskie klimaty.

      Prawdziwa modelka!

      Tam miałem jedną z najgorszych nocy w życiu.

       

      Może partyjka w szachy?

      Może partyjka w szachy?

      Kudowa Zdrój.

       

      Kudowa Zdrój.

       

      Kudowa Zdrój.

       

      Kudowa Zdrój.


       

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      yazido-zizou
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 31 grudnia 2012 13:25
  • sobota, 01 grudnia 2012
    • Budapeszt, czyli jedna z najpiękniejszych stolic Europy! Cz. 1.

       BUDAPESZT Cz. 1.

      (12.03.2012r. - 19.03.2012r.)

      Budapeszt.

       

      Na samym początku pragnę podkreślić, że owe zdjęcia są wykonane jedynie przez mojego Brata, którego podróż również do tego miasta zbiegła się "prawie" w czasie. Piszę "prawie" gdyż w dniu w którym Madziarską stolicę powitałem, On się z nią żegnał. Pozwolenie na publikowanie zdjęć, dostałem już jakiś czas temu.


      DZIEŃ PIERWSZY

      (Zdzieszowice - Brno)

      Po rozprawieniu się z deficytem snu i głodem internetowego szaleństwa, postanowiłem wyruszyć do ostatniej przystani mojego maratonu europejskich stolic. W krótkim czasie zwiedziłem Bratysławę, Wilno, Rygę i Tallinn. Zamierzałem wstać skoro świt i ruszyć, ale senna aura spowodowana deszczową pogodą doprowadziła do tego, że zaniemogłem. Gdy się w końcu zmobilizowałem było już samo południe. Pierwszy stop złapany do Kędzierzyna-Koźla, już nie po raz pierwszy zatrzymuje mi się ktoś, tylko dzięki temu, że zna mojego najstarszego brata - Arona. Z Koźla zabrałem się z kierowcą ciężarówki, który zabrał mnie do samego Wodzisławia. Finalny etap dzisiejszego dnia spełznął na Brnie, gdzie kierowca próbował mnie nakłonić na zmianę planów - bym pojechał z Nim do Włoch. Jutro atakujemy dalej...

       

      DZIEŃ DRUGI

      (Brno - Bratysława)

      Brna dostałem się do Bratysławy, no właśnie do znienawidzonej przeze mnie stolicy Słowacji. Tu utknąłem na dobre. 4 różne drogi, próbowało się wielu sposobów, nic z tego. Zrobiło się ciemno, a niekorzystny czas zaczął nakręcać mnie i co raz bardziej myślałem o powrocie. Jutro dam sobie trochę czasu, jeśli się nie uda, to po prostu zawrócę i uznam to za porażkę o której będę musiał jak najszybciej zapomnieć. Cóż czasem trzeba i tak.

       

      DZIEŃ TRZECI

      (Bratysława - Budapeszt!)

      A już byłem przekonany, że mi się nie uda wyjechać stąd. Miałem się poddać, spróbować jak będzie cieplej. Byłem o krok od obrania drogi powrotnej, gdy nagle... moim oczom ukazuje się samochód na oświęcimskich blachach (KOS) z którymi mam same dobre wspomnienia. zagaiłem do faceta - udało się! Jedziemy na Węgry. Jestem na samej granicy. Stąd, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wszystko się zmienia.  Zabiera mnie TIR-owiec. Jest Węgrem i mówi jednie w języku niemieckim (jak większość Madziarów). Długowłosość zdradza Jego zamiłowanie wobec motocykli, rocka i gitary. Posiada jednak jeszcze jedną dziedzinę, którą się interesuje. Jest nią historia. Odtąd każdy Węgier ma mi dawać do zrozumienia nierozerwalną więź pomiędzy Polską a Węgrami. Facet pokazuje mi książki i filmy mówiące o Hitleryzmie, Holocauście i wielu ważnych sprawach dla samych Madziarów. Daje mi do zrozumienia, że Józef Bem za swoje zasługi w wypędzeniu Habsburgów jest tu darzony szczególna czcią. A Austriacy to zło konieczne - tak mi tłumaczy. Z autostopem jest tak, że na czas jazdy należy porzucać wszelką asertywność, przytakiwać na wszystko, by się nie narazić kierowcy, "Austriacy są be? Ok ja też tak myślę", "gorzka czekolada ma posmak kwaskowaty? Niech Ci będzie, ja też tak uważam". Tak było teraz i tak bywało już wcześniej. Driver poinstruował mnie również o tym, że jutro wielkie narodowe święto. I znów się załapię na tego typu imprezę, na brak szczęścia narzekać nie mogę. Węgrzy jutro będą świętować Powstanie Węgierskie, które wybuchło 15 marca 1848 roku stając się częścią Wiosny Ludów. Dojeżdżam do miejsca docelowego. Całe życie bym sobie pluł w brodę gdybym zawrócił. Przygotowania do jutrzejszego święta trwają w najlepsze. Wszędzie flagi, kokardy i dużo kwiatów. Jutro sklepy mają być zamknięte, więc już dziś wyposażyłem się w jabłka, chleb, banany i wafelki, reszta jest w plecaku. Noc spędzona na Wyspie św. Małgorzaty...

       



      Plac Bohaterów.Plac Bohaterów.



      W nocy przebudziły mnie dziwne westchnienia i szamroty. Okazało się, że w miejscówce gdzie sobie spocząłem w promieniu 5-10 m ode mnie parka grzmoci się w najlepsze. No nic, grunt, by mnie nie zauważyli. Zasnąć ponownie nie było łatwo, ale w końcu zaprzestali i odeszli. Znów mogłem spokojnie oddać się w błogi stan snu.

       

      Na placu bohaterów.

      Na placu bohaterów.

       

      DZIEŃ CZWARTY

      (Budapeszt)

      Czego chcieć więcej od życia, 17 stopni Celsjusza na plusie! Takiej temperatury nie doświadczyłem od ubiegłorocznej jesieni. Węgrzy ubrani w odświętne ubrania, nawet swoim pupilom podpinają kokardy. Wszędzie odczuwalna jest podniosłość chwili. Muszę przyznać szczerze, że "patriotyzmu" możemy się uczyć od Madziarów. Samo miasto posiada tyle walorów, że nie wiem od czego zacząć. Sławetne mosty (Łańcuchowy, Małgorzaty, Wolności i Elżbiety), monumentalny neogotycki Parlament, Bazylika św. Stefana, Baszta Rybacka, Plac Bohaterów czy Wzgórze Gellerta to tylko jedne z niewielu miejsc, które na pewno warto tu zwiedzić.



      Bazylika św. Stefana.

      Bazylika św. Stefana.

       

       

      Deptak tuż przy Bazylice św. Stefana.

      Deptak tuż przy Bazylice św. Stefana.

       

       

      Modry Dunaj i widok na Most Łańcuchowy.

      Modry Dunaj i widok na Most Łańcuchowy.

       

       

      Zamek Vajdahunyad.

      Zamek Vajdahunyad.

       

      Dziś występy muzyków, festiwale, śmietanka ze świata polityki - będzie się działo. Nie potrafię się odnaleźć, co i rusz widzę podążające tłumy ludzi manifestujące swoje poglądy. Polaków i flag polskich jak na pęczki, więc martwić się nie muszę. Zgiełk jest naprawdę odczuwalny, wielu zaprasza do manifestacji, ale znajdują się i tacy jak pewna starsza babcia, która dość szybko zostaje przywołana do porządku przez funkcjonariuszy prawa, niemalże w pojedynkę stara się zepsuć święto zgromadzonym wykrzykując jakieś hasła i będąc przepasana jakimiś kartonami. Przez godzinę zdrzemnąłem się na zieleni tuż przy Parlamencie. Po przebudzeniu dołączam do grupy Polaków.

       

      Kaplica z Ják.

      Kaplica z Ják.

       

       

      Pomnik Anonymusa.

      Pomnik Anonymusa.

       

       Kolejka Milenijna.

      Kolejka Milenijna.

       

       

      Opera.

      Opera.

       

      Węgrzy przybijają mi piątki, częstują cygaretami, "dziękują za historię". Obchody zaczynają się w najlepsze. Idzie fala kulminacyjna, Polacy śpiewają, Węgrzy wtórują, otrzymujemy gromkie brawa. "Polak, Węgier dwa bratanki i do szabli i do szklanki." Dziś to stwierdzenie jest wyczuwalne jak nigdy. Ogona marszu nie widać. "Precz z komuną!" krzyczą PIS-owcy, idzie Bochna, wtóruje im grupa z Tychów, Chorzowa (Solidarność), to jakaś flaga Hiszpanii. Jeden z Węgrów dopytuje się o to czy wciąż żyje Wojciech Jaruzelski. Polityczne kwestie są tu gęsto komentowane. W końcu widać ogon przemarszu, służby medyczne, policja i karawan sprzątających gości. Dostrzegam na ambasadzie Brytyjskiej zegar odliczający czas do paraolimpiady w Londynie - pięknie! Udaję się zwiedzić kilka ciekawych miejsc. Prócz wspomnianego już wcześniej Parlamentu, który notabene może zobaczyć każdy obywatel UE wewnątrz zupełnie za darmo. Kilometrowe kolejki mnie jednak szybko zniechęcają, innym razem wejdę do środka. Następnie zwiedzam Bazylikę św. Stefana, Muzeum Sztuki Stosowanej, Operę Narodową, Váci utca, czyli bulwar na którym tętni życie Budapesztu, przepiękne Secesyjne kamienice i wiele innych ciekawych miejsc. Duże wrażenie robi również na mnie dzielnica Żydowska z drugą największą na świecie Synagogą (palmę pierwszeństwa ma Nowy Jork), wszechobecnymi restauracjami Żydowskimi i Memorial Garden z metalową płaczącą wierzbą (na listkach znajdują się nazwiska ofiar Holocaustu).  Po zwiedzeniu kilkunastu ciekawych miejsc, bawię się przy rytmach rocka. Zespół dla mnie anonimowy, aczkolwiek daje takiego czadu, że głowa mała. Budapeszt może się również poszczycić linią drugiego najstarszego metra w Europie (Londyn na przedzie). Na koniec dnia widząc atmosferę miasta zdecydowałem się na nocleg na lotnisku. Inwestuję w bilet autobusowy i w oka mgnieniu jestem na miejscu. Tłumaczę policji mój problem, na co szyderczo życzą mi powodzenia i zapadam w głęboki sen. Jutro kolejny etap zwiedzania.

       

      Wielka Synagoga.

      Wielka Synagoga.

       

       

      Wierzba Płacząca.

      Wierzba Płacząca.

       

       

      Dzielnica Żydowska.

      Dzielnica Żydowska.

       

      DZIEŃ PIĄTY

      (Budapeszt)

      Noc ze wszystkimi dogodnościami na lotnisku. Po umyciu się podążyłem do centrum. Dziś udało mi się zwiedzić stadion Ferenca Puskasa, byłego znakomitego piłkarza Realu Madryt. Zobaczyłem także zabytkowy dworzec wschodni, wspiąłem się na Wzgórze Gellerta skąd rozpościerała się piękna panorama na całe miasto. Zwiedziłem Cytadelę, Pomnik Wolności, Pałac Zamkowy ze swoimi wodami termalnymi sławetnymi na całą Europę oraz Basztę Rybacką, której by się nie powstydził sam Walt Disney, baśniowa sceneria pozwala się przenieść do dzieciństwa. Smutnym jest jednak fakt, iż raz za razem w miejscach turystycznych (wcześniej m. in. Zakopanem, Barcelonie) ma miejsce wrabianie podróżnych. Grupa podstawionych ludzi gra rzekomo w kości lub próbuję odgadnąć w którym z kubeczków znajduje się kulka. Smutne jak ludzie głupio na tym tracą pieniądze. Nie potrafię zrozumieć jak ludzie mogą być aż tak naiwnigrupa podstawionych ludzi pomimo pozorów już na pierwszy rzut oka budzi coś w rodzaju podejrzeń - są sztuczni, stoją zawsze w podobny sposób i komentują. Jak widać jednak ten sztuczny tłum działa a taka hazardowa zaliczka z pewnością przynosi całkiem niezłe dochody oszustom. Czas na powrót. Umiejscowiłem się w wybornej zatoczce (wcale nie z dala od centrum - od dziwo) i już po chwili zatrzymuje się grupa młodych Niemców na Monachijskich blachach (M), która nie oferuje mi przejażdżki, ale rzuca mi 1400 HUF stwierdzając, że już tu nigdy nie wrócą, a pieniądze są Im niepotrzebne. Za pieniążki robię dodatkowe zakupy, kupuję jogurcik i chleb. Syndrom dużych miast - nici z dzisiejszego stopowania. Po trzech godzinach prób, zwijam żagle i wracam rozkoszować się raz jeszcze centrum. 

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      yazido-zizou
      Czas publikacji:
      sobota, 01 grudnia 2012 21:11
    • Budapeszt, czyli jedna z najpiękniejszych stolic Europy! Cz. 2.

      BUDAPESZT Cz. 2.

       

      DZIEŃ SZÓSTY

      (Budapeszt - Siófok)

      Jestem nad Balatonem, czyli na największym jeziorze Europy Środkowej. Tę przyjemność udostępniła mi parka, która jechała w tym kierunku. Chcąc się jednak dostać na samą plaże zagaiłem do jakiegoś faceta. On nie czekając ani chwili zaproponował pomoc i zawiózł mnie do Siófok, czyli jednego z najpopularniejszych miejsc nad samym Balatonem. Całe szczęście, że nie mamy sezonu, nawet teraz w marcu, piętrzą się wszędzie budki z regionalnymi daniami i jest masa ludzi. Animuszu dodają przepiękne łabędzie i kaczki, jest ich tu setki. Samo miasteczko kameralne i urokliwe. Spostrzegłem nawet stadion z plakatem Ich zespołu (III liga). Dziś znalazł się czas również na okupowanie McDonald's i kawiarenki internetowej z której dałem znak życia najbliższym. Zwróciłem uwagę na to, że na Węgrzech w przeciwieństwie do nas, sprząta się po swoich pupilach, w takich momentach zawsze przypomina mi się scena z filmu pt. Dzień Świra, gdzie M. Kondrat sra pod balkonem jednej z kobiet w ramach odwetu za zbyt śmiałe poczynania w tych kwestiach pieska tej Pani. Wieczór spędzony przy pichceniu dania na kuchence gazowej. 

       

       

      Dziedziniec Hunyadich – fontanna z pomnikiem króla Macieja Korwina

      Dziedziniec Hunyadich – fontanna z pomnikiem króla Macieja Korwina.

       

       

            Brama na dziedziniec Pałacu Królewskiego.

      Brama na dziedziniec Pałacu Królewskiego.

       

       

      Pałac Królewski.

      Pałac Królewski.

       

       

      Pomnik Eugeniusza Sabaudzkiego.

      Pomnik Eugeniusza Sabaudzkiego.

       

       

      Wielka Hala Targowa, czyli węgierska Vásárcsarnok

      Wielka Hala Targowa, czyli węgierska Vásárcsarnok.

       

       

      Parlament.

      Parlament.

       

       

      Pomnik Gellerta.

      Pomnik Gellerta.

       

       

      Panorama Budapesztu.

      Panorama Budapesztu.

       

       

      DZIEŃ SIÓDMY

      (Siófok - Hranice)

      Udało się wyjechać z tej magicznej krainy i łapać bądź co bądź nietypowe samochody. Najpierw kobita ok. czterdziestki a nieco poźniej facet z dzieckiem. Następnie miałem sporo szczęścia, spod Gyoru zawinąłem się z parką ludzi, by znaleźć się jedynie 40 km od Bratysławy. Budzą się wątpliwości, ale mam jeszcze sporo czasu tego dnia więc próbuję. I cud! Kolejna para, tym razem przesympatyczne małżeństwo Czechów. Ona mówi po angielsku, On jedynie się przysłuchuje. Sama zwiedziła kiedyś Polskę (Krakowem była zachwycona) i podobnie jak ja nie przepada za Bratysławą. Dalej zatrzymuje się facet na angielskich blachach, w środku siedzi Czech, który wyemigrował tam jakiś czas temu i jeździ przez cały czas kierownicą usadowioną po prawej stronie. Wysadza mnie bezpośrednio na autostradzie, gdzie odwracam się i ... policja zawija mnie w sekundzie do radiowozu. Niestety nie zdążyłem nawet wyjść na pobocze, wystarczyła minuta, może dwie, by dostać mandat na 1000 koron czeskich. Po angielsku rozmawiać nie chcieli, w czeskim też się nie dogadaliśmy, pozostało mi jedynie z pokorą przyjąć ową grzywnę. Zapada powoli zmrok a do kraju już tak niedaleko. Rezygnuję, jest znikomy ruch, pojadę jutro.

       

       

      DZIEŃ ÓSMY

      (Hranice - Zdzieszowice!)

      Czuć, że do Polski już niedaleko, przebudził mnie rzęsisty deszcz. Stojąc pod dachem CPN-u i oczekując poprawy pogody zagaiła do mnie urodziwa blondynka, która zaoferowała przejażdżkę do Ostrawy. Stamtąd już zgodnie z planem dojechałem prawie pod sam dom z Polakiem, którego zaczepiłem na stacji benzynowej. Rozmowa była naprawdę interesująca, coś na zasadzie kontrastów. Ja, chłop - niepoprawny marzyciel, gdzie głowa wiecznie sięga chmur i On, mimo młodego wieku już dorobił się domu, ma dziecko i żonę. Komplementuje mnie twierdząc, że będę miał wiele ciekawych wspomnień a On jedynie rzeczy doczesne. Ja jednak uważam przeciwnie i daję Jemu do zrozumienia, że za kilka lat będę pokutował za swoje lekkie podejścia do tych spraw. Finisz był prosto pod stacje PKP w Kędzierzynie-Koźlu skąd już dojechałem pociągiem do domu. Podsumowując podróż, prócz kilku drobnych zdarzeń obyło się tym razem bez większych przygód. Początkowe zwątpienie w Bratysławie, świetne przyjęcie mnie przez Węgrów oraz datek od Monachijczyków, by na końcu zboczyć z trasy dla zwiedzenia Balatonu był wart naprawdę wiele. Sam Budapeszt to prawdziwa perła - sama czołówka. Tak ciekawej historii, tylu walorów turystycznych, magii miasta, świetnych ludzi i patriotów za razem, mogą pozazdrościć nawet największe i najpiękniejsze stolice Europy Zachodniej. Przez miasto przepływa Dunaj, a budapeszteńczycy mogą się również poszczycić ciekawym położeniem miasta na wzgórzach. Mam jednak nieodparte wrażenie, że Budapeszt jak i całe Węgry nieco w cieniu Europy, nie wiem czy to jest spowodowane jedynie położeniem, czy także np. słabszym marketingiem w świecie. Należy również podkreślić, że kraj ten jest jednym z nielicznych miejsc w Europie, gdzie Polacy mogą się poczuć jak u siebie w domu, a wszystko to dzięki przyjaznym stosunkom politycznym jak i dzięki historii w której oba kraje pomagały sobie nie raz, nie dwa. Kraj jest także stosunkowo tani dla turystów, nie zawiedziemy się na cenach, które oscylują na podobnym poziomie jak u nas. To wszystko wpływa na moją bardzo pozytywną opinię miasta - wszystkich naprawdę gorąco zachęcam, pozycja obowiązkowa.

       

       

      Mały Książe.

      Mały Książe.

       

       

      Zdjęcie przy kościele skalnym – widok na Dunaj i Most Wolności.

      Zdjęcie przy kościele skalnym – widok na Dunaj i Most Wolności.

       

       

      Kościół Skalny.

      Kościół Skalny.

       

       

      Most Wolności.

      Most Wolności.

       

       

      Pomnik Kossutha.

      Pomnik Kossutha.

       

       

      Pomnik Wolności.

      Pomnik Wolności.

       

       

      Kościół.

      Kościół.

       

       

      Kościół Macieja pw. NMP. 

      Kościół Macieja pw. NMP.

       

      Baszta Rybacka.

      Baszta Rybacka.

       

       

      Pomnik króla Stefana przed Basztą Rybacką.

      Pomnik króla Stefana przed Basztą Rybacką.

       

       

      Pomnik króla Stefana.

      Pomnik króla Stefana.

       

       

      Baszta Rybacka.

      Baszta Rybacka.

       

       

      Baszta Rybacka.

      Baszta Rybacka.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      yazido-zizou
      Czas publikacji:
      sobota, 01 grudnia 2012 20:43
  • niedziela, 18 listopada 2012
    • Tallinn!

      TALLINN!

      (07.03.2012r. - 08.03.2012r.)
       Panorama Tallinna.

      Ostatnie miejsce z maratonu nadbałtyckich miast. W przewodniku niemało o ruskiej spuściźnie jaką można pod względem kulturowym zastać w Estonii. Ale do Skandynawii już też im niedaleko, co również mam odczuć wg. "guidebooka". Estonia jednak jako kraj radzi sobie znacznie lepiej pod względem ekonomicznym niż Litwa czy Łotwa. Co poza tym wiem o tym kraju? Niewiele, by nie napisać, że nic. Jeszcze kilka lat temu w Premier League dzielnie sobie radził między słupkami Mart Poom, żywa legenda estońskiej piłki nożnej. Wiem, że jest to również kraj niewielki oraz, że ze względu na swoje położenie jest tu bardzo zimno, a przy wielkim szczęściu rzekomo można co jakiś czas zobaczyć Zorze Polarną. Szkoda jedynie, że czas nie rozpieszcza i busy, którymi będę musiał wracać, zabukowałem już na następny dzień.

       


      Tallińska Baszta.

      Tallińska Baszta.

       


      Dojeżdżam do Estonii w głębokim śnie ze słuchawkami na uszach. W autokarze dzieje się niemało. Mam przyjemność jechać z grupą Hiszpanów oraz z nieco zagubioną młodą dziewczyną o pięknych piwnych oczach. Po wszystkich wyczuwalny jest powiew świeżości naznaczony nową przygodą, nowymi doznaniami, czymś dotąd zupełnie nieznanym... Słupek rtęci pokazuje już grubo poniżej zera (ok. -8 stopni).

       

       

      Peppersack - ekskluzywna restauracja.

      Peppersack - ekskluzywna restauracja.

       


      Dojeżdżam, pierwsze co mi się rzuca w oczy, to Tallinn jest jednym wielkim lodowiskiem. Wszędzie oblodzone, wszystko! Władze miasta, by poradzić sobie z tym problemem posypują jakimś dziwnym granulowanym tworzywem, który trzeba przyznać skutecznie pozwala wyjść z opresji nawet w najbardziej stromych lub niewygodnych miejscach. Jak Maroko może nauczyć z pewnością szybkiego i bezpardonowego przejścia przez ulice, ze względu na zgiełk i kompletny brak zasad na drodze, tak Tallinn wyplewi ze mnie strach do lodu. Jestem człekiem, który panicznie boi się oblodzonych terenów. Łyżwy? Skądże! Nie ze mną, ja się boję. Dlaczego? Nie wiem gdzie siedzi zwada i kiedy się zaczęła, ale po krótkim wywiadzie z rodzicami nic Im nie wiadomo o moich traumatycznych rzekomych upadkach za dziecka. Ot co, zwykła ostrożność wynikająca z natury.

       

       

       

      Kościół w Tallinnie.

      Kościół w Tallinnie.

       


      Trzeba przyznać, że i niebo jest tu jakieś inne. Nieskażone ani jedną smugą - nawet najmniejszą, a przy tym tak białe, że rodzi się chęć zawojowania również w przyszłości Skandynawii, która przecież słynie z podobnych walorów.

       

      Ratusz by night!

      Ratusz by night!

       


      Zachwyt budzą już tradycyjnie piękne kobiety, które przykuwają wzrok na każdym kroku. Spotykam się w końcu z Włodim, wymieniamy się swoimi spostrzeżeniami. Jemu także rzuciło się w oczy oblodzenie miasta (oj, szpitale muszą być tu pełne "połamańców"). Włącza się refleksja nt. urody Estonek. I po raz kolejny potwierdza się moja teza, że nie ma czegoś takiego, że w danym kraju żyją najpiękniejsze, a w innym najbrzydsze. Jedynie wyjątkami są Niemki i Austriaczki. Jednak najśliczniejsza kierowczyni, która mnie zabrała była kiedyś właśnie Niemką. No, ale wyjątek potwierdza regułę.

       

      Filharmonia i pomnik rewolucji.

      Filharmonia i pomnik rewolucji.


      Z centrum miasta do lotniska jedynie ok. 30-45 min. idąc nieforsownym tempem  Prawdziwym jednak rarytasem jest darmowy internet na terminalu, czegoś podobnego nie widziałem nigdzie indziej. Mam w końcu szansę zajrzeć, co słychać w świecie, jak "brać studencka" radzi sobie na uczelni, no i oczywiście po północy jest okazja złożyć życzenia Kobietom (8 marca).

       

       

      Pomnik Rusałki.

      Pomnik Rusałki.

       


      Pierwsza jednak wiadomość, którą przeczytałem to nagłówek "Włodzimierz Smolarek nie żyje". Wybitny polski Piłkarz odszedł. Odpisałem Żakowi na maila, popisałem chwilę na fejsie z Milenką i już szykowałem się do snu. Na dworze ok. -15 stopni, więc muszę zrobić wszystko, by mnie stąd nie wyrzucono. 

       

       

      Rusałka.

      Rusałka.

       


      Przed snem jednak zdecydowałem się obserwować ludzi, którzy witają się. Jedni wracają z dalekich podróży, inni oczekują Ich powrotu. Niektórzy płaczą, rzucają się sobie w ramiona. Jakiś facet wręcza swojej lubej białe róże - olaboga! Nic może taki tu zwyczaj, w każdym bądź razie ja mam złe wspomnienia związane z tym kolorem...

       

      Cerkiew ALeksandra Nevskiego.

      Cerkiew Aleksandra Nevskiego.

       

       

      Cerkiew Aleksandra Nevskiego.


       

       

      Cerkiew Aleksandra Nevskiego.


      Przeczytałem W drodze, które zakończyło się bardzo tragicznie, choć początkowo książka budziła tak pozytywne emocje.

      ...

       

      "Dzień Kobiet, Dzień Kobiet niech każdy się dowie..."

      Tak Kobitki dziś macie swoje święto - WSZYSTKIEGO DOBREGO! :)

      Noc przespana w takiej norze na terminalu, że chyba nawet najdziksze leśne stworzę by się jego nie powstydziło. Cieplutko, czyściutko oraz z dostępem do prądu, gdzie mogłem podładować sobie mp3. Jedno jest pewne, na Estonii nie zamarznę, gdyż już dziś wieczorem mam powrót do Polski pośrednio przez Łotwę i Litwę. 

       

       

      Ratusz.

      Ratusz.

       

       

      O 3:00 w nocy przebudzony z nocnego letargu, udałem się złożyć życzenia z okazji wspomnianego już Święta Kobiet.

      Kompletny brak żywej duszy, wszędzie pusto i spokojnie. Oszklony terminal nad ranem daje mi piękny widok na pasy startowe. 

       

       

      "Rycerski" wszechobecny klimat Tallinna.

       

       

      W końcu wyruszyłem na miasto w kierunku Włodiego. 
      Miasto przepiękne! Rycerski klimat, wszechobecne mury obronne, baszty, kamieniczki, które mimo wszystko zostają domeną Rygi. Czysto i schludnie jak nigdzie indziej.
      Wszechobecny język rosyjski, na to również zwraca się uwagę. Choć z językiem angielskim także radzą sobie bez zarzutu.
      Zwiedzając starówkę, zagaił do nas jakiś starszy facet. Rusek opowiada o historii, tej naszej i tej Ich. Opowiada o najciekawszych miejscach w Tallinnie, zachwala naszą wódkę i nasze kobiety. Ostatecznie zaprasza nas nawet do swojej spiżarni i chce nam wręczyć jakiś trunek. Grzecznie dziękujemy. Następnie Rzuca się nam w oczy wielki kudłaty miś. Mała sesja przy nim i już można iść dalej.

       


      Stare Miasto. Jedna z ulic.

      Stare Miasto. Jedna z ulic.

       

       

       

      Pałac Prezydencki.

      Pałac Prezydencki.

       

       

       

      Wielki mistrz włoskiego kina ze swoją restauracją na starówce.

      Wielki Mistrz włoskiego kina ze swoją restauracją na starówce.

       

       

       

      Wielgaśny misio.

      Wielgaśny misio i moja nieskrywana sympatia wobec niego. :)

       

       

       

      Ratusz z nieco innej perspektywy.

      Ratusz z nieco innej perspektywy.

       

       

      Kościół w Tallinnie.

      Kościół w Tallinnie.

       

       

      Prześliczna panorama Tallinna.

      Prześliczna panorama Tallinna.

       

       

       

       

      "Z uśmiechem ci do twarzy..."

       

       

      Dolne Miasto.

      Dolne Miasto.

       

       

      Bramy, baszty, mury obronne...

      Bramy, baszty, mury obronne...

       

       

       

      Kościół katolicki św. Piotra i Pawła.

      Kościół katolicki św. Piotra i Pawła.

       

       

      Kościół św. Olafa.

      Kościół św. Olafa.

       

       

       

      Wielka Brama Morska.

      Wielka Brama Morska.

       

       

      Baszty murów miejskich.

      Baszty murów miejskich.

       

       

       

      Ceny nie rozpieszczają, ale cóż dajemy jakoś radę.

      W mieście z pewnością warto zwiedzić takie miejsca jak: 

      Tallińska Baszta - Kiek in de Kok O średnicy ponad 17 m, grubości ścian 4 m i wysokości 44,5 m. Sześciopiętrowy obiekt ze 157 schodami wzniesiony w latach 1475-1481. Od 1958 r. obiekt wykorzystywany jest jako część Muzeum Miejskiego.

      źródło:http://tallin.lovetotravel.pl/tallinska_baszta 

      Szczególnym miejscem jest również tallińska Starówka czyli powszechnie znane Dolne Miasto. Poza wieloma budynkami z okresu średniowiecza i charakterystycznym staromiejskim klimatem wąskich uliczek warto tu zajrzeć dla imprez kulturalnych, w tym Festiwalu Starego Miasta. Poza tym w okolicy 2 km od samego Tallinna znajduje się Kadriorg - przepiękny pałac XVIII-wieczny stanowiący dziś siedzibę prezydenta republiki. Warte obejrzenia są też pałacowe ogrody. Centrum Starego Miasta jest malowniczy Plac Ratuszowy otoczony domami kupieckimi. To jedno z ulubionych miejsc spotkań turystów i mieszkańców Tallina. W wielu kawiarniach, barach, restauracjach można smacznie zjeść i napić się kawy (i nie tylko). Latem wszystkie stoliki wystawiane są na zewnątrz, co tworzy wspaniały klimat tętniącego życiem miasta.

      źródło: http://tallin.lovetotravel.pl/

      Miasto północy i białych nocy

      Charakterystyczne dla Tallinna są te zjawiska, które wiążą się bezpośrednio z jego położeniem tak daleko na północy. Pomimo sporego oddalenia od centrum Europy jest to miasto wysoce cywilizowane, aktywne i nie ustępujące wielu metropoliom europejskim. Pomimo tego, że jest to miasto dość zimne, turyści odwiedzają je chętnie ze względu na niepowtarzalny urok i bogactwo zabytków. W Tallinnie można zobaczyć białe noce, oraz rozkoszować się prawdziwą północną zimą. Jest to doskonałe miejsce na spędzenie świąt Bożego Narodzenia, choć nie jest to z pewnością miasto katolickie.

      źródło: http://tallin.lovetotravel.pl/

       

      I wiele, wiele innych, gorąco polecam! :)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Tallinn! ”
      Tagi:
      Autor(ka):
      yazido-zizou
      Czas publikacji:
      niedziela, 18 listopada 2012 10:38
  • poniedziałek, 29 października 2012
    • Ryga! Cz. 1.

       

      RYGA!

      Cz. 1.

      (05.03.2012 r. - 07.03.2012 r.)  

      Ryga.

       

       


      Po Wilnie przyszedł czas na kolejną stolicę, tym razem wypadło na oddaloną jedynie o niespełna 300 km od Wilna, Rygę. Co ciekawe spośród trzech nadbałtyckich stolic (Wilna, Rygi i Tallina) najmniej  przewodnik pisze właśnie o tym miejscu. Najwięcej pochlebstw dostało Wilno. Mam jednak nadzieję, że zarówno Ryga jak i Tallin zaskoczą mnie czymś pozytywnym.
      Na dworcu głównym tym razem to Włodek odbiera mnie i oswaja z klimatem miasta. Miasto ma swój blask! Ma swój charakter! Od razu rzuca mi się w oczy ryski "Pałac Kultury", "Statua Wolności", godne uwagi są również uliczki, kręte alejki. Wszystko takie jakieś nowe!  

        

        

      Ryga by night!

      Ryga by night!

       

       

      Dom Bractwa Czarnogłowych nocą.

      Dom Bractwa Czarnogłowych nocą.



       

       Dom Bractwa Czarnogłowych.

      Dom Bractwa Czarnogłowych.

       

      Bractwo Czarnogłowych, wspomnijmy, jako zrzeszenie nieżonatych, bogatych kupców funkcjonowało na takich samych zasadach jak tallińskie. Swój obecny wygląd zawdzięcza ciężkim pracom konserwatorskim, ukończonym niedawno, bo w 1999 r. Budynek jest niezwykle bogato dekorowany rzeźbieniami. Uwagę od razu przyciąga postać św. Maurycego oraz Maria z Dzieciątkiem, a także ­złocona postać św. Jerzego na koniu i popiersie króla Artura. Jednak największą perłą ­zdobiącą ścianę frontową jest błękitno-złoty zegar, wspaniale kontrastujący z czerwienią budynku. Wnętrze również robi nie lada wrażenie, zwłaszcza zaś dobudowane w XVIII w. piętro. 

      żródło:http://e-przewodniki.pl/przewodnik-nowy-170-rozdzial-1728.html#

       

      Pomnik Wolności za dnia.

      Pomnik Wolności.

       

      Pomnik Wolności - punkt orientacyjny od strony starówki. Pomnik, symbol wolności, wzniesiono z publicznych darowizn - ma on dla Łotyszy ogromne znaczenie. Oficjalne odsłonięcie odbyło się 18 listopada 1935 r. - w dzień ogłoszenia I niepodległości. 42-metrową statuę wieńczy 9-metrowa sylwetka kobiety, dzierżącej w dłoniach trzy złote gwiazdy, symbolizujące Inflanty, Łatgalię i Kurlandię. Wyryty na granitowym cokole napis głosi „Ojczyzna i Wolność". Na pomniku znajdują się również płaskorzeźby postaci mitologii łotewskiej oraz sceny nawiązujące do historii kraju. W czasie przynależności Łotwy do ZSRR zgromadzenia ludowe pod pomnikiem były ­zakazane, co jednak nie przeszkadzało ludności się tu spotykać, kłaść świeże kwiaty i pod pozorem składania hołdu Matce Rosji, obchodzić świąt narodowych.

      źródło:http://e-przewodniki.pl/przewodnik-nowy-170-rozdzial-1728.html#

       

      Zamek Ryski.

      Zamek Ryski.

       

      Nad brzegami „Rzeki Przeznacze­nia" góruje potężny Zamek Ryski. Budowany z przerwami w latach 1330-53 i 1495-1515, był konsekwencją wieloletnich konfliktów między Rygą a Krzyżakami. Mieszkańcy Rygi zburzyli pierwszy Biały Kamienny Zamek krzyżowców, czego oczywiście krzewiciele chrześcijaństwa im nie darowali, siłą zmuszając do wyłożenia funduszy na nowy.  Podczas I niepodległości, zamek stał się siedzibą prezydenta Łotwy. Na jego też polecenie, w 1938 r. wzniesiono południową Wieżę Trzech Gwiazd. Niespełna dziesięć lat później została ona jednak zburzona z rozkazu władz radzieckich. Na odbudowę poczekać musiała kolejne 40 lat. Zamek obecnie znów jest siedzibą prezydenta Łotwy. Turystom udostępnia się jego południową część, w której znajdują się Łotewskie Muzeum Historyczne (Latvijas Vestūres Muzejs) oraz Muzeum Sztuki Obcej (Latvijas Arzemju Mākslas Muzejs).  

      źródło:http://e-przewodniki.pl/przewodnik-nowy-170-rozdzial-1728.html#

       

       

       

      Baszta Prochowa wcześniej nazywana również Wieżą Piaskową (prawdopodobnie od znajdujących się w pobliżu wydm). Była jedną z najważniejszych konstrukcji obronnych miasta, ponieważ zabezpieczała je od strony lądu. W latach 1330 i 1650 przechowywano w niej proch strzelniczy. Dopiero po przebudowie murów obronnych wieżę opuszczono. Przyjazne lokum znala zły w niej natomiast... stada gołębi.

      żródło:http://e-przewodniki.pl/przewodnik-nowy-170-rozdzial-1728.html#

        

      Baszta Prochowa.

      Baszta Prochowa.

       

      Zwiedzając miasto do mych uszu dochodzi grająca łotewska muzyczka z okolicznych knajpek, wszystko to wprawia nas w pozytywny nastrój. Wraz z Włodkiem jesteśmy wniebowzięci i dopisuje nam dobry humor. Włodi dzięki rekomendacji swojej recepcjonistki z hostelu zapragnął zjeść za niewielką kwotę w restauracji. Wielkie żarło! Ja muszę jednak oszczędzać i na takie rarytasy pozwolić sobie nie mogę. Po wymianie w kantorze litewskiej waluty (litas) na łotewską (łat) złapałem się za głowę! Dość dziwnie tu rozporządzają pieniążkami, skoro ze 100 litas dostałem jedynie ok. 18 łat. Co począć mam nadzieję, że tak tu wygląda po prostu przelicznik, tak wygląda inflacja... I tak oto przyszedł czas i na mnie, zrobiłem zakupy, a mianowicie kupiłem chleb za 0,75 łat, dwie czekolady za 0,70 łat i ciacha za 0,35 łat. Po zrealizowaniu swoich potrzeb żywieniowych ruszyliśmy każdy w swoją stronę. Włodi do hostelu, który od dworca był dosłownie rzut beretem, a ja na lotnisko. Nie mając konkretnych danych zacząłem dopytywać ludzi jak jest daleko. Każdy mówił co innego. Odległości wahały się od 12 km do nawet 30 km! Dreptałem ok. dwóch godzin i będąc już nieźle zmęczony w tym surowym klimacie i przy późnej porze, zdecydowałem się spróbować złapać stopa. Znalazłem karton, namalowałem na nim wielki samolot i już każdy mógł się domyślić o co mi chodzi. Zabrał mnie jakiś facet, który pracuje na lotnisku. Wytłumaczył mi, że powinno się udać z ew. spaniem na terminalu. Stara dobra taktyka, czyli przebieram się w najbardziej wyszukane ciuszki z plecaka i już gotowe! Lotnisko ma dwa piętra i kapliczkę u góry... kapliczkę, która wedle internautów niejednej osobie uratowała tyłek. 

      Udało się i mnie! Rano coś tam sprzątali, ale nikt się nie przyczepił. Na 10:30 w centrum jestem umówiony z Włodkiem na zwiedzanie miasta. 

        

      Łotewska wersja

      Łotewska wersja "mamooooooooo!!!" :)

       

        

      Katedra św. Jakuba.

      Katedra św. Jakuba.

       

       

      Katedra św. Jakuba.

      Katedra św. Jakuba.

       

       

      Opera Ryska.

      Opera Ryska.

       

       

      Trzej Bracia.

      Trzej Bracia.

       

      Trzej Bracia znajdują się one przy ulicy Mazā Pils pod numerami 17, 19 i 21. Najstarsza z nich, zbudowana pod koniec XV w., i jednocześnie najstarsza w całej Rydze, jest opatrzona numerem 17. Charakterystyczną jej cechą jest pobielony wapnem schodkowy fronton. W 1867 r. otwarto w niej pierwszą w mieście cukiernię. Jej sąsiadki znacząco się od niej różnią. Na jednej, z finezyjnym jasnożółtym licem, widnieje data 1646. Druga zaś, zielona, jest tak wąska, że mogłaby uchodzić za dom dla lalek. Kamieniczki, podobnie jak w Tallinie, stanowią doskonały przykład mieszkalno-magazynowych domów kupieckich.

      źródło:http://e-przewodniki.pl/przewodnik-nowy-170-rozdzial-1728.html# 

       

       

      Ryska kamieniczka.

      Ryska kamieniczka.

       

       

      Dom Kariatydy i Atlanta.

      Jedna z wielu okazale prezentujących się kamieniczek.

      Dom Kariatydy i Atlanta.

       

      Pomnik Herdera.

      Pomnik Herdera.

       

       

      Kościół Zbawiciela.

      Kościół Zbawiciela.

       

       

      Kościół Matki Boskiej Bolesnej.

      Kościół Matki Boskiej Bolesnej.

       

       

      Budynek niczym baśniowy zamek.

      Siedziba Wielkiej Gildii.

       

       

      Jeden z kotów na Domu Kotów.

      Jeden z kotów na Domu Kotów. 

      Najbardziej znaną budowlą secesyjną w Rydze jest Koci Dom lub Dom Kotów, jak kto woli.

      Najbardziej fantazyjne ­kamienice, pełne bajecznych dekoracji, zdobione na dziesiątki sposobów, znajdują się jednak poza Starówką, przy (północna część miasta). Wszystkie zbudowane zostały w latach 1903-06, w większości przez wybitnego architekta ­niemieckiego pochodzenia, Michaela ­Eisensteina. Jako ­ciekawostkę warto dodać, że ojca równie znakomitego Siergieja, reżysera największego dzieła kina rosyjskiego Pancernika Potiomkina (1925).

      źródło:http://e-przewodniki.pl/przewodnik-nowy-170-rozdzial-1728.html#

       

      Z tymi kotami to jest bardzo ciekawa historia, gdyż urban legend mówi, że owy architekt projektując ową budowlę kazał również postawić na spiczastych daszkach koty, które miały być odwrócone tyłkiem do Wielkiej Gildii. A to wszystko z gniewu, gdyż nie został przyjęty przez niemieckich kupców. 

      Jaka jest jednak prawda? Nie wiadomo. W ostateczności kocury nie są jednak odwrócone tyłkami od Gildii i istnieją dwie tezy na wytłumaczenie tego:

      1. Po długiej walce w sądzie, gościa przyjęto i wtedy przestawił koty.

      2. Koty nigdy nie stały tyłem do Gildii, gdyż montowano je późnym wieczorem, po ciemku i budowniczy się pomylił.

      Istnieje również trzecie wersja, ale chyba już najmniej prawdziwa...

      na autora kotów spadła klątwa, wskutek której  biedak spadł z rusztowania i zabił się na śmierć.
       

      źródło:http://fotoforum.gazeta.pl/72,2,864,53871328,98528625.html

       

      Dom Kotów.

      Dom Kotów.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Ryga! Cz. 1.”
      Tagi:
      Autor(ka):
      yazido-zizou
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 29 października 2012 17:14
  • środa, 05 września 2012
    • Ryga! Cz. 2.

      RYGA!

      Cz. 2.

      (05.03.2012 r. - 07.03.2012 r.) 

       

       

      Auuuuuuuuuuuuuu...

      Auuuuuuuuuuuuuu...

       

      Dziś są również urodzinki Szymonka! Sto Lat Maluchu! Trzeba będzie u Włodka w hostelu złożyć życzonka za pośrednictwem internetu. By się dostać do centrum napisałem po prostu na kartonie RIGA - CENTRUM i po niespełna 8 minutach ktoś mnie zabrał. Facet wychodzi także z inicjatywą, by mi pomóc materialnie - nie zgadzam się rzecz jasna.  Jak już wspomniałem noc była spokojna, terminal jakby nieaktywny, bez żywej duszy.

      Nie mogę również pominąć mojej małej dygresji nt. Łotwy. Konfrontując Ją z Litwą, wydaje się być ciut, ciut bardziej zurbanizowana i cywilizowana. Architektura również znacząco się różni w stolicach obu tych państw. A i znajomość angielskiego jakby o niebo lepsza w tym kraju. 

      Posilam się śniadankiem przy kościele św. Piotra (notabene wieża owego kościoła b. wysoka).


      Zwiedzanie zaplanowaliśmy od Pomnika Wolności i tam też się spotkaliśmy po raz pierwszy tego dnia. Wokoło na warcie stoją żołnierze, którzy pilnują symbolu Łotwy. 


       

      "Sztywniaki", przyjazny piesio i ja :)

       

       

       

      Cerkiew pw. Narodzenia Pańskiego.

      Cerkiew pw. Narodzenia Pańskiego.

       

       

       

      Cerkiew pw. Narodzenia Pańskiego.

      Cerkiew pw. Narodzenia Pańskiego.

       

       

      

      Cerkiew pw. Narodzenia Pańskiego.

      Cerkiew pw. Narodzenia Pańskiego.

       

       

       

      Ryska Akademia Sztuki.

      Ryska Akademia Sztuki.

       

       

      Mimo braku gloryfikujących tekstów nt. Rygi w przewodniku wraz  z Włodkiem nie możemy nacieszyć oka pięknem architektury. Jedna z największych pozytywnych niespodzianek naszego życia. Jak dla mnie istna czołówka, prawdziwa uczta dla podróżnika - turysty. A na największe słowa uznania zasługują tutejsze kamieniczki, których jest jak na pęczki. Pięknie odrestaurowane, zdobione każda innymi kolorami etc. Czołówka Europy - tak podejrzewam. 

       

       

      Kamieniczka Ryska.

      Kamieniczka Ryska.

       

       

       

      Kamieniczka Ryska.

      Kamieniczka Ryska.

       

       

       

      Kamieniczka Ryska.

      Kamieniczka Ryska.

       

       

       

      Kamieniczka Ryska.

      Kamieniczka Ryska.

       

       

       

      Dom Dziurek od Kluczy.

      Dom Dziurek od Kluczy.

       

       

       

      Kamieniczka Ryska.

      Kamieniczka Ryska.

       

       

       

      Dom Bogusławskiego

      I znów, aż do znudzenia...

      Dom Bogusławskiego.

       

       

      Kamieniczka Ryska.

      Kolejne...

       

       

       

      Stary kościół św. Gertrudy.

      Stary kościół św. Gertrudy.

       

       

       

      Kościół św. Piotra w Rydze.

      Kościół św. Piotra w Rydze.

      Owy kościół jest symbolem potęgi chrześcijaństwa na Łotwie. Pokryta patyną wieża jest widoczna z każdego miejsca w centrum miasta. Kościół zbudowano w stylu romańskim jednak został przebudowany w latach 1408 - 1409 i z funduszy obywatelskich charakter zmieniono na gotycki. W 1660 roku owa 122m wieża uchodziła nawet za najwyższą na świecie, niestety w skutek burzy z piorunami runęła i ona. W czasie II wojny światowej kościół doznał największych w dziejach swego istnienia zniszczeń. Rozpoczęta w latach 60. odbudowa trwała dwadzieścia lat. Ostatecznie cały kościół „powstał z popiołów" dopiero w 1984 r. Resztki drewnianej, barokowej wieży, zastąpiono nową ze stali. Odtworzono przy okazji i zegar, który co trzy godziny odgrywa ludową melodię Riga dimd (Ryga dudni). 

      źródło:http://e-przewodniki.pl/przewodnik-nowy-170-rozdzial-1728.html#

       

       

       

      Kościół św. Piotra w Rydze od wewnątrz.

      Kościół św. Piotra w Rydze od wewnątrz.

      Wnętrze świątyni, jak przystało na kościół romański, jest skromne i dość ciemne. Do naszych czasów zachowało się jedynie kilkanaście kamiennych i drewnianych epitafiów, pochodzących z przełomu XVII i XVIII w. Obecnie, mimo zmian, jakie zachodziły na przestrzeni wieków, wciąż można jeszcze dostrzec wpływy romańskie, jak choćby trzy portale wejściowe w ścianie frontowej i niewielkie, wąskie okna nad nimi.

      źródło:http://e-przewodniki.pl/przewodnik-nowy-170-rozdzial-1728.html#

       

       

       

      Muzykanci z Bremy.

      Muzykanci z Bremy.

       

       

       

      Muzykanci z Bremy.

      Muzykanci z Bremy.

       

       

       

      Ryski

      Ryski "Pałac Kultury".

       

       

       

       

       

       

       

      Zegar Laima.

      Zegar Laima.

       

       

      Kamienica.

      Kamienica.

       

       

      Brama Szwedzka.

      Brama Szwedzka.

       

       

       

      Baszta Prochowa.

      Baszta Prochowa.

       

       

       

      Most wiszący (rzeka Dźwina).

      Most wiszący (rzeka Dźwina).

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Ryga! Cz. 2.”
      Tagi:
      Autor(ka):
      yazido-zizou
      Czas publikacji:
      środa, 05 września 2012 15:06
    • Wilno!

       

      WILNO!
      (02.03.2012 r. - 04.03.2012 r.)

      Panorama Wilna.

      Jednodniowa przerwa po Bratysławie na ogarnięcie spraw przyziemnych. Praca w kolportażu gazetek, zapięcie spraw na studiach i już byłem gotów na kolejną wyprawę, znów dzięki świetnemu rozwiązaniu PolskiegoBusa za grosze. 
      Ruszam TLK-ą do Katowic, gdzie na dzień dobry wita mnie ciekawa historia. Dziadzio w przedziale mieszka tuż obok moich dziadków w Gliwicach na Milenium. Na Zdzieszowicach dosiada się Włodi (jechałem z Opola). Sympatyczny Staruszek zaprasza nas w przyszłości na kawę, byśmy pochwalili się swoimi zdjęciami z podróży. Pokazuje sentymentalne zdjęcia ze spotkaniem z Papieżem JPII. W Katowicach przesiadamy się do busa, skąd za 1 zł dojeżdżamy do Warszafki. Przyznam szczerze, że Warszawę widziałem tylko raz, za dzieciaka na wycieczce szkolnej. Teraz jednak jak do Niej zawitałem byłem pełen podziwu, trzeba kiedyś poświęcić dla Niej trochę czasu - jest tego warta.

      Pałac Kultury.Pałac Kultury. Pośrednio w drodze do Wilna znalazł się czas i na Warszafkę.

      Z Warszawy kierujemy się na Litwę, gdzie będzie jeszcze zimniej niż tutaj, w Polsce.
      Granica z Litwą przekroczona, odtąd mijam wiele pól, pięknej natury, wszędzie kompletnie pokryte lodem jeziora i stawy, na których jeżdżą dzieciaki na łyżwach. Piękna natura, ciekawe pejzaże. Radzimira zostawiłem w Warszawie ma dojechać jutro do mnie wraz z całą ekipą (Seba, Lapsik, Anetka, Szusty no i Włodek). Ta podróż dzięki ciekawemu towarzystwu będzie miała całkiem inny charakter. Nie będzie tyle zwiedzania, ale za to będzie weselej. Na granicy wymieniłem złotówki na lity i już docieram do Wilna. Pierwsze wrażenie, a raczej jego brak, bo od razu zdecydowałem się ruszyć na poszukiwanie lotniska gdzie w ciepełku wyśpię się na spokojnie. Lotnisko świetnie zlokalizowane, bo jedynie ok 4 km od centrum. Kładę się na terminalu i czekam na łut szczęścia, uda się czy się nie uda? Będzie można spać, czy mnie wyproszą. Tradycyjnie już ubrałem się w najbardziej wyborne ciuszki. 

      W hostelu.

      W hostelu.

       

       

       

       

      W hostelu. 

      W hostelu.

       

       

      Ekipa przed Stadionem Narodowym. 

      Ekipa przed Stadionem Narodowym.

       

       

      Spotkałem się w końcu z Ludkami. Wpierw wyszedł po mnie Radzik i Seba pod Ostrą Bramę skąd podążyliśmy w kierunku Ich hostelu. Hostelik będzie i również dla mnie miejscem spoczynku przez najbliższą noc, dzięki Szechowi, który w ostatniej chwili zrezygnował z wyjazdu, a wcześniej opłacone lokum przeszło na mnie. :)

      Jak się okazuje mieli okazję co nieco pobuszować po Stolicy i zobaczyć najciekawsze miejsca w tym nowo wybudowany Stadion Narodowy - zazdroszczę. 

      Śmiechy, opowiastki z podróży i planowanie wieczora (może jakieś chlanie) to wszystko bezcenne z taką ekipą i na dodatek na obczyźnie.  Czekając na Włodka pod Ostrą Bramą co i rusz zaczepia mnie jakaś baba i wciska mi obrazki z podobizną świętych, by w końcu jedna dała mi ich całą reklamówkę! 
      Wieczorem zastajemy przykrą niespodziankę, po złapaniu tzw. smaków przyszłą pora na flaszkę. Jednak nie zdawaliśmy sobie sprawy, że litewskie prawo zezwala jedynie na zakup vódki do godziny 22:00. Spóźniliśmy się niewiele, wystarczyło by obejść się ze smakiem. Pozostała jednak opcja piw. Następnie wyszliśmy na miasto, podziwiać je w blasku księżyca. Pogoda jak na tutejsze warunki nie najgorsza, raz za razem ktoś sypie sytuacyjnymi kawałami - ubaw po pachy!
      Nic jakoś się z tym uporam.  

       

       


      Cerkiew święta św. Konstantyna i Michała

      Fasada Cerkwi świętej św. Konstantyna i Michała tuż obok naszego hostelu.

       

       

       

       

      Cerkiew św. Mikołaja.

      Cerkiew św. Mikołaja.

       

       


       

      Cerkiew św. Mikołaja.

      Cerkiew św. Mikołaja.

       

       

       

       

      Na miejscu okazuje się, że Wilno świętuje właśnie Kaziuki! Będą jarmarki, festyny, ludowe zabawy, zdobienia wszechobecne na bazarach, rękodzieła i wszystko co Wilno może najlepszego związanego z folklorem zaoferować. Rzeczywiście idąc wzdłuż głównych bulwarów możemy podziwiać wszystkie bazary ze smakołykami, niektóre nawet zachęcają do degustacji. Raz jednak widząc mnie - ochoczego do owej degustacji danego przysmaku, dostaję jasny sygnał od Pani, że nic z tych rzeczy -nie dla mnie. Nie dla mnie, czyli nie dla kogo? W jej oczach wyglądałem albo na jakiegoś żula, albo krętacza, albo i tu właśnie jednak z najsmutniejszych opcji - na Polaka. Wilno walcząc o własną tożsamość wypiera polskość. Dochodzi od jakiegoś czasu do starć, w mediach aż szumi o niechęci wobec naszej narodowości. Nie przejmując się tym idziemy dalej.

       


       

      Obrazy na przydrożnym bazarze.

      Obrazy na przydrożnym bazarze.

       

       

       

      Kaziukowe klimaty.

      Kaziukowe klimaty.

       

       

       

      Pomnik księcia Gedymina, dziadka Władysława Jagiełły.

      Pomnik księcia Gedymina, dziadka Władysława Jagiełły.

       

       

       

      Przy Katedrze św. Stanisława.

      Przy Katedrze św. Stanisława.

       

       

       

      Wewnątrz Katedry św. Stanisława.

      Wewnątrz Katedry św. Stanisława.


       

       

      Wewnątrz Katedry św. Stanisława.

      Wewnątrz Katedry św. Stanisława.

       

       

       

      Główne wejście do Katedry św. Stanisława.

      Główne wejście do Katedry św. Stanisława.

       

       

       

      Wieża przy Katedrze św. Stanisława.

      Wieża przy Katedrze św. Stanisława.

       

       

       

      Baszta Giedymina.

      Przy baszcie Giedymina.

       

       

        

      Wileńska ekipa!

      Wileńska ekipa! Od lewej Anetka, Lapsik, Seba i Szusty. Ja na dole, a Włodek jest autorem zdjęcia. W tle panorama Wilna.

       

       

       

       

      Baszta Giedymina.

      Baszta Giedymina.

       

       

       

      Wileńska kamieniczka.

      Nasza słabość, czyli kamieniczka.

       

       

       

      Litewski Krupnikas.

      Z językiem litewskim to jest taka historia, że Oni do wszystkiego dodają końcówkę "as". Np. "dźemas", jw. "krupnikas", "telefonas" etc. :) 
      Później z nudów nawet zaczęliśmy siebie nawzajem nazywać po litewsku.  

       

       

       

      Kaziukowy pojazd.

      Ja - stylizujący się na Bama Margerę :)

       

       

       

       

      Folklorystyczne występy zespołów

      Folklorystyczne występy zespołów - jest smaczek! :)

       

       

       

       

      Kaziukowe tańce i hulańce!

      "Następnego dnia poszliśmy się przejść, a tu Marian imprezę rozkręcał. Primo (czyt. Lapsik) z Anetką nie wytrzymali i dali się ponieść wspaniałej litewskiej folklorystycznej muzyce."

      znalezione u Szustego - nic dodać, nic ująć. :)

       

       

       

       

      Kościół św. Kazimierza w Wilnie.

      Kościół św. Kazimierza w Wilnie. Wilno to prawdziwy rekordzista pod względem liczby kościołów, jeszcze nigdy nie widziałem ich, aż tyle. Mam wrażenie, że nawet Częstochowa się ustępuje im w tym względzie.

       

       

       

      Kościół św. Kazimierza w Wilnie.

      Kościół św. Kazimierza w Wilnie.

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

      Kościoły, kościoły, kościoły...

      Kościoły, kościoły, kościoły...

       

       

       

      Fasada Kościoła św. Teresy.

      Fasada Kościoła św. Teresy.

       

       

       

       

      Ostra Brama.

      Ostra Brama.

       

       

       

      Obraz Matki Boskiej Ostrobramskiej w kaplicy.

      Obraz Matki Boskiej Ostrobramskiej w kaplicy.

       

       

       

       

      Jedna z uliczek nieco na uboczu.

      Jedna z uliczek nieco na uboczu.

       

       

       

       

      Cmentarz na Rossie - grób Adama Piłsudskiego.

      Cmentarz na Rossie - grób Adama Piłsudskiego.

       

       

       

      Mauzoleum Matka i Serce Syna.

      Mauzoleum Matka i Serce Syna. 


      "W mauzoleum znajdują się prochy ukochanej matki marszałka Józefa Piłsudskiego - Marii z Billewiczów. Po śmierci marszałka jego serce złożono w 1936 roku w Mauzoleum Matki i Serca Syna w Wilnie."

      źródło: http://wiadomosci.wp.pl/gid,11644034,gpage,3,img,11644046,kat,1356,title,Groby-slawnych-Polakow-na-obczyznie,galeria.html?ticaid=1f63b&_ticrsn=3

       


       

       

      Cmentarz na Rossie.

      Cmentarz na Rossie.

       

       

       

       

      Kościół na cmentarzu (Rossa).

      Kościół na cmentarzu (Rossa).

       


       

       

      Cmentarz na Rossie.

      Cmentarz na Rossie.

       


       

       

      Cmentarz na Rossie.

      Cmentarz na Rossie.

       

       

       

      Kościół na cmentarzu (Rossa).

      Kościół na cmentarzu (Rossa).

       

       

       

      Kościół Wniebowstąpienia Pańskiego i Klasztor Misjonarzy.

      Kościół Wniebowstąpienia Pańskiego i Klasztor Misjonarzy.

       

       

       

       

      Klimatyczna uliczka w Wilnie.

      Klimatyczna uliczka w Wilnie.

       

       

       

      Kościół św. Michała.

      Kościół św. Michała.

       

       

       

      Kościół św. Anny.

       

       

       

      Wewnątrz kościoła św. Anny.

      Wewnątrz kościoła św. Anny.

       

       

       

       

      Kaziukowe souveniry.

      Kaziukowe souveniry.

       

       

       

       

       Kaziukowe gigantyczne krzesło.

       Kaziukowe gigantyczne krzesło.

       

       

       

      Wariaty!

       

      Właśnie to zdjęcie najlepiej oddaje całą atmosferę w Wilnie. Zwiedzanie połączone z Kaziukową zabawą, hostelowe sączenie piwa i pożegnanie. Pożegnanie, gdyż reszta musi wrócić do domu, a my w Włodkiem ruszamy na podbój kolejnej stolicy - łotewskiej Rygi.
      Za tę podróż jednak Droga ekipo wielkie Dzięki - oby jak najwięcej takich inicjatyw!


      WIELKIE DZIĘKI! 

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Wilno! ”
      Tagi:
      Autor(ka):
      yazido-zizou
      Czas publikacji:
      środa, 05 września 2012 14:02
    • Bratysława! Na zimową depresję. :)

      Bratysława! 

      (27.02.2012 r. - 29.02.2012 r.)

      Bratysławski Teatr.

       

      

      Zima! Deprecha daje się we znaki, więc najwyższy czas, by gdzieś wyruszyć. Ale gdzie? I jak? Autostopem? Za zimno. Mamy jednak rozwiązanie. Genialny Włodek znajduje nową alternatywę. A mianowicie jakiś czas temu na rynku jest "tani jak barszcz" przewoźnik PolskiBus. Oferuje On np. przejazdy do Wiednia, Bratysławy, Warszawy, Katowic, Berlina, Pragi i wielu innych miejsc. Podobnych firm jest więcej poza granicami  naszego kraju. 
      Miał być to początek maratonu po europejskich stolicach. Bratysława - Wilno - Ryga - Tallin, a na końcu Budapeszt autostopem. O tak! Coś takiego to ja rozumiem. Po długim czasie posuchy podróżniczej, znów coś się będzie działo. :)

      Bratysława z całym jednak szacunkiem dla Niej miała być przedsmakiem tego co najlepsze. Nim jednak do Niej dojechaliśmy, musieliśmy dostać się pociągiem do Katowic. Jak pewnie wielu z Was, tak i mnie owe miasto kojarzy się dosyć szaro. Źródło takiej wiedzy? Rzecz jasna film "Eurotrip". Amerykanie na Bratysławie nie pozostawili suchej nitki, pokazując ją jako szarą, odartą z wszelkiej godności, bez smaku i kompletnie melancholijną miejscówkę. A przecież Bratysława i swoje "skarby" ma! O tym miałem się dopiero jednak przekonać. 

      Jedziemy do Katowic pociągiem z samego rana. Przez cały ten maraton europejskich stolic towarzyszyć będą mi dwie książki. Pierwsza to W drodze J. Kerouaca oraz biblia autostopowiczów, czyli świetnie przygotowana książka przez J. Czupryńskiego Autostop Polski. PRL i współczesność. Książki automatycznie przydadzą mi się jako literatura w mej pracy licencjackiej nt. Społecznych uwarunkowań podróżowania autostopem. Wracając jednak do naszego przewoźnika to pełny full wypas, toalety, WI FI, wygodne siedzenia, przyjemne dla oka kolory, przejazd to naprawdę czysta przyjemność. Zanurzyłem się w Czupryńskim, przeczytawszy ok. 200 stron jednym tchem, spoglądam i jesteśmy już prawie na miejscu. Godzina 19:00, ciemno i nasza pierwsza próba, pierwszy dylemat, różnica zdań, małą polemika, co robić? Jechać busem na lotnisko gdzie zamierzaliśmy przekimać tę noc, czy przejść te 15 km. Nim jednak rozwiązaliśmy dylemat, zdecydowaliśmy się w blasku księżyca pobieżnie rzucić okiem na centrum miasta. Jesteśmy pod ratuszem miasta. I mała niespodzianka, cholera u Nich w restauracji na Eurosporcie ogląda się naszą rodzimą ligę! Nasza Ekstraklasa! Mecz Bełchatowa z Górnikiem, nie dowierzam, ale "Prezes Nakoulma" przekonuje mnie już w 100% procentach. Po zwiedzeniu ruszamy w kierunku lotniska. Lekko nie jest, 2,5 h forsownego tempa, zimą. Ale w końcu udajemy się na terminal, gdzie udaje nam się przespać spokojnie tę noc.

      Pobudka kilka minut po 7:00 rano. Poranek nieprzyjemny i deszczowy. Mimo jednak mrozu, śniegu na zmianę z deszczem, zwiedziliśmy wszystko co chcieliśmy. Z pewnością warte zobaczenia są Zamek Hrad, niebieski kościół - wyróżniający się nieco architekturą na tle szarej Bratysławy. Oraz Slavin, czyli pomnik żołnierzy radzieckich i cmentarz wojenny. Niezwykle ważne miejsce dla Słowaków. To wszystko plus przepiękna panorama miasta roztaczająca się ze wzgórza zrobiły na as naprawdę pozytywne wrażenie. Miasto trzeba jednak przyznać szczerze, że bez rewelacji. Przypominają mi się jednak słowa polskiego studenta, który zabierał mnie stąd, gdy jechałem pośrednio do Wiednia. Stwierdził On, mieszkając tutaj na wymianie - "Las Vegas to nie jest, ale zwiedzić warto". Tą samą filozofią podpisuję się i ja. Zawiodła nas jednak bardzo pogoda, która również ma z pewnością wpływ na naszą opinię nt. miasta.

       

      Okolice Ratusza, pomnik na moście, a w tle gotycka brama św. Michała.

      Okolice Ratusza, pomnik na moście, a w tle gotycka brama św. Michała.

       

       


      Gotycka brama św. Michała. 

      Gotycka brama św. Michała.

       

       


       

      apoleon z

      Napoleon z "pierogiem" zasłaniającym oczy - rynek.

       

       


      Napoleon i burza z pierogiem. :)

      Napoleon i burza z pierogiem. :)

       

       


      Fontanna Maksymiliana na Starym Mieście

      Fontanna Maksymiliana na Starym Mieście - dla upamiętnienia koronacji Maksymiliana II Habsburga na króla Węgier.

       

       


      Żołnierz stojący na wiecznej warcie.

      Żołnierz stojący na wiecznej warcie.

       

       


      Żołnierz dumnie stojący na warcie.

      Żołnierz dumnie stojący na warcie.

       

       


      Posąg burzy. :)

      Posąg burzy. :)

       

       

       

       

      Jedna z kamieniczek bratysławskich.

      Jedna z kamieniczek bratysławskich.

       

       


       

      Cumil!

      Cumil! Czyli bohater Bratysławy, wiecznie zapracowany kanalarz, dlatego też nad nim góruje znak "Man at work". :) Lubię takie błyskotki w miastach - nadają klimatu (jak np. Gnomy we Wrocławiu). 

      Podobno dwie rzeźby tego typu stanęły również w Białorusi. 

       

       

       

      Katedra św. Marcina.

      Katedra św. Marcina.

       

       


       

      Okolice Starego Miasta.

      Okolice Starego Miasta.

       

       


       

       

       

      Stare Miasto.

      Stare Miasto.

       

       


      Opera bratysławska.

      Opera bratysławska.

       

       


      Pomnik

      Pomnik opodal Opery.

       

       


      Niebieski kościół.

      Kościół św. Elżbiety lub po prostu Niebieski kościół. Nietypowy kształt, niebieskawy zarówno z zewnątrz jak i w wewnątrz na tle architektury bratysławskiej, przykuwa uwagę. Choć jest to opinia mocno subiektywna, gdyż Bratysława zwiedzana podczas tak deszczowej aury traci wiele atutów.

       

       


      Niebieski kościół.

       

       

       

      Niebieski kościół.

       

       

       

      Niebieski kościół.

       

       

       

      Niebieski kościół.

       

       

       

      Jedna z kolejnych kamieniczek.

      Jedna z kolejnych kamieniczek.

       

       


      Kamieniczek ciąg dalszy...

      Kamieniczek ciąg dalszy...

       

       


       

       

       

      Wzgórze Slavin

      Wzgórze Slavin ze swym pomnikiem.

       

       

       

       

      Wzgórze Slavin

      Brama na wzgórzu Slavin.

       

       


      Zamek Hrad.

      Zamek Hrad.

       

       


      Zamek Hrad.

      Zamek Hrad. Jest zima - jest klimat.

       

       


      Pałac Prezydencki.

      Pałac Prezydencki.

       

       


      Pałac Prezydencki.

      Pałac Prezydencki.

       

       


      Burza z Jegomościem. :)

      Burza z Jegomościem. :)

       

       


      Nowy most UFO.

      Nowy most UFO.
      Coś dla fanów SCI-FI. :) 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Bratysława! Na zimową depresję. :)”
      Tagi:
      Autor(ka):
      yazido-zizou
      Czas publikacji:
      środa, 05 września 2012 13:22
  • piątek, 10 sierpnia 2012
    • Maroko - relacja z wyprawy. Cz. 1.

       Maroko samolotem, autostopem, autobusem i pociągiem!

      Morocco (Casablanca meczet Hassana II).

       

      Maroko, czyli orient, który pociągał zarówno mnie jak i brata już od dawien dawna. 
      Niestety, pierwsza próba poznania tego kraju spełzła na niczym, gdyż kochany braciszek (zdrobnienie ma źródło w miłości do brata, a nie w tym, że jest młodszy) przewrócił się i zasłabł w jednym ze sklepów w Bolonii. W Bolonii, ponieważ pośrednio mieliśmy lot właśnie przez Włochy. 
      A propos lotów, to nie wiem czy wszyscy się orientują, ale nieraz można dostać naprawdę bardzo tanie bilety lotnicze np. do Maroka za 140 zł w dwie strony. Minusem jest jedynie to, że trzeba zabookować z odpowiednim wyprzedzeniem, dostosować się do często mało wyrozumiałych terminów, które narzucają linie, jak np. lecimy we wtorek a wracamy w piątek. Czyli nierzadko można jedynie pomarzyć o weekendowych eskapadach, choć takie okazje zdarzają się również. Stąd też zdecydowałem się na lot samolotem (tak często preferowanym przez braciszka), a nie wyjazd autostopem. 
      Wracając jednak do naszej pierwszej próby zdobycia Maroka, to bilety mieliśmy zarezerwowane wraz z ojcem, tylko jak już wspomniałem, nagły kryzys zdrowotny brata zmusił nas wówczas do całkowitej zmiany planów. "Na bezrybiu i rak ryba", więc zadowoliliśmy się północną Italią.
      Smaczki na Maroko miałem więc podwójne, pomyślałem sobie nie odpuszczę tak łatwo i mimo zapożyczenia się, zdecydowałem się na kolejną próbę. Tym razem musiało wypalić!

      No i udało. Wyprawa niezykle pouczająca. Działo się wiele, od spraw przykrych, przez świetnie działającego stopa w tym kraju, aż po zachwyt kilkoma miejscami i generalnie ludnością niezamieszkującą wielkie, komercyjne miasta. Mimo braku udokumentowania jakichkolwiek notatek i słabej pamięci, wysilę się, by przytoczyć te najważniejsze kwestie z podróży. Wyprawa miała miejsce w paźdźierniku 2011 r. 
      Za oknem deszczowo, na słoneczne dni nie ma już co liczyć. 
      Mamy piękną "Polską złotą jesień". Inauguruje ostatni rok na studiach licencjackich, więc jest to kolejna okazja, by uciec od tej całej rzeczywistości i wyruszyć na kolejną piękną wyprawę.

      Hans Christian Andersen mawiał, że "kto podróżuje, ten dwa razy żyje", zgadzam się w 100%.

      O Maroku wiedziało się tylko tyle, co wyczytało się w internecie z relacji innych backpackersów, w tv w jakimś programie, który raczej miał na celu zaptrezentowanie kuchni i przypraw marokańskich niż samego kraju. Najwięcej jednak człowiek czerpał z przewodnika pożyczonego w bibliotece miejskiej w Zdzieszowicach, gdzie jednak aktualność informacji pozostawiała wiele do życzenia, gdyż przewodnik miał już naprawdę długą brodę.

      Plan był nastepujący, lecąc pośrednio przez Bolonię (olaboga!), dostać się do Tangieru, by tuż po jego zwiedzeniu, przejechać się stopem do  stolicy Maroka - Rabatu, stamtąd podobnie do rozsławionej na cały świat  Casablanki dzięki filmowi o tym samym tytule. Następnie zamierzaliśmy podążyć do Marrakeszu i na deser zostawiliśmy sobie Fez, z którego mieliśmy lot powrotni, również pośrednio przez Półwysep Apeniński.


      Naszą uwagę w samolocie zwracają pięknie ubrana ludność marokańska, która zajmuje miejsca na pokładzie samolotów. Dżelab, bo tak się nazywa owe nakrycie, jest często o pięknych wyrazistych kolorach, zdarza się pastel, czerwień, po prostu czysta fantazja połączona z tradycją - magia!
      Wznosimy się ku górze, zasypiamy i budzę się dopiero w momencie jak lecimy nad Oceanem Atlantyckim i przelatujemy na skrawek "Czarnego Lądu", niebywałe, udało się, już prawie się udało! :)
      Wylądowaliśmy, wielki zgiełk, całe rodziny czekają na stempel w paszporcie. 
      Całemu procesowi towarzyszą nie mniejsze emocje jak te na granicy polsko-ukraińskiej. 
      Kolejka przechodzi bardzo wolno, jest tak parno, że jakiś chłopiec w końcu nie wytrzymuje i wymiotuje w bluzę nie spluwając o mały włos na mą skromną osobę. Za drzwiami lotniska widzę już ziemię marokańską. Póki co trzeba się uzbroić w cierpliwość i zadowolić się marmurową podłogą. Dostajemy magiczny stempel i udajemy się po walutę marokańską. Co ciekawe na teren kraju nie można przywozić waluty, nie można jej również wywozić stąd pod groźbą karną. Wymieniamy gotówkę i uradowani biegniemy w kierunku do miasta. Wszyscy nam mówią, że do miasta kawał drogi. Próbujemy trochu z buta, trochu stopem, by koniec końców po zrobieniu zakupów w supermarkecie i posileniu się dawką owoców dostać się do centrum dzięki uprzejmości takówkarza, który zrobil to całkowicie za free. W pierwszym momencie nie dowierzamy, gdyż wcześniej taksówkarze nagabują nas za wszelką cenę byśmy wsiedli do nich.
      Facet okazuję się jednak w porządku. 
      Dostajemy się do centrum, które prócz nieznanego nam dotąd orientu, pięknych wód Morza Śródziemnego i specyfiki kultury (ze względu na pierwsze prawdziwe zetknięcie) marokańczyków nie robi na nas wielkiego wrażenia. A w naszym guide booku doszperaliśmy się nawet do tak niepokojących informacji, że Tangier słynie ze złodziejstwa, patologii, lewych interesów i generalnie wszystkiego co najgorsze. 
      Przymierzamy się do snu, rozbijając się na plaży tuż za epicentrum dyskotek, imprez i wszelkiej maści hoteli i klubów, jakie można sobie tylko wyobrazić. Mamy piątek, czyli weekend, ludzie się bawią, miasto aż huczy od imprez, więc miejsce wydaje się b. nieroztropne. Niestety jeszcze wtedy, rozkładając namiot tak nie sądziłem. Był to moment, który zmienił oblicze mojego myślenia o spaniu na dziko w miejscach takie jak to na długi, długi czas. 
      W nocy przebudza nas dwóch miejscowych gości, kompletnie niemówiących po angielsku, a co gorsza po niemałej dawce alkoholu i trzymających szklane butelki. Od początku podejrzewałem najgorsze, gdyż nie chcieli nas wypuścić z namiotu i non stop wpychali nas do jego środka. Przygotowałem się na najgorsze. Radzimir zajął się dyplomacją z gościem o nieco mniejszych gabarytach, by nie pisać, że o znikomych. Kuriozum, gdyż drugi przyczepił się do mnie, myślą, że w wypukłej kieszeni mam portfel z pieniędzmi (był, ale pusty, całą kasę miał brat). Zaczyna się kontakt niewerbalny, Radzik jest zmuszony na ciągłą dyplomacje nie zauważając w pełni tego co się dzieje jakieś 20 m od Niego. Gościu stara się mnie przewrócić kilkukrotnie, nie udaję mu się. Po chwili wyciąga ostry przedmiot - śrubokręt. Wymachuje nim,  uświadamia mnie, że zaraz mi wbije w krtań. Wtedy zacząłem się naprawdę bać. Tłumaczę jemu, że nie mam pieniędzy i jestem skromnym podróżnikiem, na nic się to zdaje. 
      Finał jest taki, że na szczęście nie okradają nas, ale wbija mi gościu w rękę owy śrubokręt. W pierwszej fazie pod wpływem adrenaliny nie czuję tego, ale po chwili widzę wszędzie krew. 
      Ręka nienaturalnie puchnie, trafił mnie w samą żyłę, zaczyna cholernie boleć. 
      Postanawiamy się szybko spakować i znaleźć taksówkę, by nią dojechać do szpitala.
      Taskówkarze się boją, w końcu któryś postanawia nam pomóc.
      Zajeżdżamy do szpitala, tam widząc europejczyków, wpuszczają bez kolejki. Lekarze opatrzyli i po chwili zjawiła się automatycznie policja. 
      Na policji znów dostrzegamy uprzejmość w kierunku europejskich turystów i bez kolejki pozwalają nam na wyżalenie swych nieprzyjemnych doświadczeń. Robimy rundkę wzdłuż wybrzeża i po chwili znów wracamy na salę przesłuchań. Przerzedzono nas wraz z tymi, którzy musieli nabroić. Jakiś facet ryczy i prosi o wybawienie go z tego gnoju, kto inny jeszcze się próbuje się buntować. Policja zadając kolejne banalne (bezproduktywne) pytania, typu: "byli wyżsi? Niżsi? Jakieś znaki charakterystyczne? Jak byli ubrani? Ok dziękujemy".
      Na sam koniec jeden z policjantów poprosił o pozwolenie wzięcia naszej butelki z wodą, by ta posłużyła Jemu jako broń, ładował ją w twarz jakiegoś delikwenta. Doprawdy z tym szpitalem i policją ciekawe doświadczenia. Człowiek mógł się choć szczątkwo przekonać jak to tam funkcjonuje.

      Po całym przesłuchaniu zawieźli nas do hostelu. Przespaliśmy się i już o poranku poczyniliśmy kolejne kroki co do zwiedzania miasta.
      Prześliśmy wzdłuż medyny, wybrzeża i po zwiedzeniu postanowiliśmy opuścić naszą pierwszą przystań.
      Po wydostaniu się na wylatówkę, bezproblemowo złapaliśmy stopa do Rabatu - stolicy Maroka.

       



      Minaret w Rabacie.

      Minaret w Rabacie.

       

       


      O Rabacie można wyczytać, że jest niezwykle nowoczesnym miastem.
      Za to kierowca dobrze władał językiem angielskim i dzięki temu poczęstował nas kilkoma ciekawymi informacjami nt. Jego kraju. 
      Wywiązał się dyskurs nt. legendarnego marokańskiego maratończyka, którego mile wspominam z lat dzieciństwa, kiedy oglądało się olimpiadę w Atenach i podziwiało się Jego osiągnięcia. Nasz szofer zdążył od tamtego czasu jednak bardzo znienawidzić olimpijczyka, za Jego ingerencję w politykę i domniemane kontakty z mafią.

       

      Ja, a w tle mury miasta (Rabat).

      Ja, a w tle mury miasta (Rabat).

       

      Dojeżdżamy do Rabatu, gdzie rzeczywiście można dostrzec nowoczesną, arabską architekturę.

       

      Brama do miasta.

      Brama do miasta.

       


      Piękne hotele, śnieżnobiały budynek poczty.

       

       

      Hotel.

      Hotel.

       


      Budynek poczty.

      Budynek poczty.

       

       

       

       

      Nie możemy również nadziwić się wszechobecnemu językowi arabskiemu, który widnieje na znaku stop, na coca-coli - jest ciekawie.

      Coca-cola w wydaniu arabskim.

       


      Znak stop w wydaniu arabskim.

       


      Rabat oferuje również sobą piękne mury otaczające miasto, mauzoleum Mohammada V - czyli miejsce spoczynku zmarłego sułtana i jego synów. 

       


      Wejście do meczetu.

      Wejście do meczetu.

       

       

      Minaret.

      Minaret.

       

       


      Rabat.

      Rabat.

       

      Stolica jednak mimo różnicy w architekturze, nie odbiega zbytnio od europejskich standardów estetycznych.

       

      Niczym na krakowskim rynku.

      Niczym na krakowskim rynku.

       


      Po Maroku spodziewamy się czegoś znacznie więcej, czegoś bardziej orientalnego. Postanawiamy więc ruszyć w kierunku Casablanki, ale tym razem, decydujemy się na opcje autobusu. Być w tak temperamentnym kraju i nie spróbować pojechać autobusem byłoby grzechem. Mocno leje, przed samym dworcem decydujemy się na obiad w pobliskiej restauracji (tajine - narodowy przysmak), by tuż po tym jak zawita słoneczko ruszyć na dworzec autobusowy. Dookoła pełno autobusów i nagabywaczy, chcących nas nakłonić na swoje usługi. W końcu decydujemy się na jedno i wchodząc do środka okazuje się, że cały bagaż ekwipunku trzeba zostawić na dole w schowku. Siedzi tam grupka dziecieków, która tego pilnuje. Nam już jednak niestety włącza się mimowolnie stereotypowe myślenie, że mogą nas ograbić. Na nic zdają się nasze gestykulacje, wsiadamy do środka. Nim odjeżdżamy, przechodzi przez pokład mnóstwo różnych kupców. Chcieli wepchnąć to cukierki, to jakieś balsamy. 
      W końcu odjeżdżamy i wywiązuje się ciekawa awantura pomiędzy pamagierami kierowcy, a pewna kobietą, która zasiliła już ich spółkę. Kłócą się niemiłosiernie, dookoła konsternacja, wszyscy żywo komentują. A ja z Włodkiem kompletnie nie wiem o co chodzi.
      Jesteśmy w Casablance.

      Coś a l'a budynek wydziału prawa w Casablance.

      Coś a l'a budynek wydziału prawa w Casablance.

       

      Miasto poza budynkiem prawa, który przypomina jakąś świątynie modlitewną oraz przepięknym meczetem Hassana II nie robi piorunującego wrażenia. Okazale także robzijają się fale o brzeg portu. Meczet jest trzecim największym na świecie, a sam minaret z 210 m, czyni go najwyższym. Jest to bez wątpienia najczystsze miejsce w zurbanizowanym Maroku.

       

       


      Meczet Hassana II.

      Meczet Hassana II.

       

      Plac pomieści 80 tys. wiernych, a w inwestycje budowli ingerowało się wielu szczodrych sponsorów.

       

       

       


      Gdzieś również usłyszałem, że w Koranie jest mowa o tym, że muzułmanie powinni zbudować meczet na wodzie, stąd pomysł, by stanął na Oceanie Atlantyckim właśnie tutaj.

       


      Meczet Hassana II.

      Niestety wejście do środka, gdzie rzekomo szczęka opada, ze względu na przepych i bogactwo nie było nam dane. Nie mogliśmy sobie pozwolić na tak duży wydatek.

      Plac przy meczecie Hassana II.

      Plac przy meczecie Hassana II.

       

       


      Plac przy meczecie Hassana II.

      Plac przy meczecie Hassana II.

       

        

      Freeeedom.

      Freeeedom.

       

      Podobno również spód jest tak przeszklony, że można oglądać cały świat podwodny będąc w wewnątrz meczetu - sprytne i efektowne rozwiązanie. Więcej nt. meczetu można się dowiedzieć tutaj:
      http://www.abcmaroko.pl/casablanca-zabytki/casablanca-zabytki-meczet-hassana.html

       

      Przepych meczetu Hassana II.

      Przepych meczetu Hassana II.

        

       

      Plac przy meczecie Hassana II.

      Plac przy meczecie Hassana II.

       

       

      Meczet Hassana II.

      Meczet Hassana II.

       

       

       


       

      Włodek i Meczet Hassana II.

      Włodek, a w tle Meczet Hassana II.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Maroko - relacja z wyprawy. Cz. 1.”
      Tagi:
      Autor(ka):
      yazido-zizou
      Czas publikacji:
      piątek, 10 sierpnia 2012 17:48
    • Maroko - relacja z wyprawy. Cz. 2.


      Z "Białego domu" udajemy się autostopem do Marrakeszu. Muszę przyznać, żę autostop tu działa bez zarzutu.

      Zarzucamy wędkę na kolejnego z kierowców. :)

      Zarzucamy wędkę na kolejnego z kierowców. :)


       

      Europejczyk na drodze jest atrakcją, wszyscy machają, pozdrawiają, życzą powodzenia lub... przyglądają się ze zdziwieniem.

       


      Zakupy w jednym z supermarketów.

      Zakupy w jednym z supermarketów.

       

       

      I tu znów nieciekawe skojarzenia na widok kierowcy się w nas obudziły. Radzik spostrzegł, że facet ma na dłoni oznaczniki, jakoby urzędował kiedyś w więzieniu. Ogólnie dość powszechny panuje tu zwyczaj, że zabiera się z drogi różnych ludzi i przewozi do wyznaczonego miejsca. Wszystko odbywa się to, jak na zasadach nieformalnej taksówki. Opłata jest symboliczna a ludzie się sobie co i rusz zatrzymują i pomagają. My jedynie mamy nadzieję, że dotransportuje nas facet na free. Robi nawet coś więcej. Nagle spoglądamy zatrzymuje się i wychodzi z furmanki, by... zakupić granaty.

       


      Prezenty od kierowcy.

      Prezenty od kierowcy. 

       


      Owoce pierwsza klasa! Gest nie do przecenienia. Dziękujemy naszemu szoferowi za wszystko i odtąd już ani razu nie patrzymy z podejrzliwościa na Marokańczyków.

       

      Włodek delektujący się granatem.

      Włodek delektujący się granatem.

       


      Powrót bez zakłóceń, teraz pozostało nam jedynie wrócić do nowej/starej rzeczywistości i marzyć o kolejnych tripach. :) 

      Piętno pozostawione po niechlubnym wyczynie dwóch młodych ludzi w Tangierze jest niestety tak silne, że trudno nam patrzeć już na wszystko trzeźwo. A przecież Marokańczycy to niezwykle gościnni ludzie.

      Dojeżdżamy do Marrakeszu i zwiedzamy sławetny Jemaa el-Fnaa, czyli chyba największe targowsiko na świecie. Jest to miejsce zaklinaczy węży, wszechobecnych małpek, bębniarzy, gawędziarzy i tym podobnych. Więcej nt. niej możecie poczytać tutaj:http://www.dalekoniedaleko.pl/dzemaa-el-fna/

       


      Leniwe życie osiołka.

      Leniwe życie osiołka.

       


      Marokańska Akacjowa.

      Marokańska Akacjowa.

       

       

       

      Minaret w Marrakeszu.

      Minaret w Marrakeszu.

       


      Zgiełk po zmierzchu nie do opisania. Ale niestety nawet w tym tłumie jesteśmy wszędzie zauważalni jako turyści z Europy, przez co non stop ktoś nas nagabuje.

      Jemaa el-Fna.

      Jemaa el-Fna.

       


      Jemaa el-Fna.

      Jemaa el-Fna.

       

       

       

      Jemaa el-Fna.

      Jemaa el-Fna.

       


      Przedsionek hostelu w Marrakeszu.

      Przedsionek hostelu w Marrakeszu.


       

      Robimy sobie kilka fotek za dnia i wyruszamy, by zwiedzić resztę miasta wraz z minaretem. Ogólna refleksja narzuca nam się taka, że wszystkie te wielkie miasta są do siebie bardzo podobne. Jest medyna, minaret i jakieś targowisko. Już żałujemy nieco, że nie obraliśmy drogi, gdzie moglibyśmy skupić się na mniej komercyjnych miejscach jak góry Atlas czy Sahara. Przejeżdżając stopem  przez wioski widzieliśmy zupełną normalność. Nomadowie, lepianki, uśmiechnięci mieszkańcy nie chcący zarobić na turystach, nie było tego wariactwa. No cóż może innym razem poznamy drugą twarz...

       


      Hostel w Marrakeszu.

      Hostel w Marrakeszu.

       


      Dworzec w Marrakeszu.

      Dworzec w Marrakeszu.

       


      Podziw budzą jednak wszechobecne bazary z przyprawami, rękodziełami, chustami, prze kolorowymi gobelinami - za to Maroko bez wątpienia ma mistrzostwo świata. Jest to świat kolorów i zapachów, tak bym zdefiniował świat wielkich miast. Pozostało nam jeszcze Fez z rzekomo jedną z najpiękniejszych i najstarszych medin w kraju.

       

       

       


      Do Fezu dojeżdżamy pociągiem, które w niczym nie ustępują tym naszym - polskim, a nawet są bardziej ciche i minimalnie bardziej komfortowe.

       

      Dworzec w Fezie.

      Dworzec w Fezie.


      Fez określamy jest mianem "Aten Afryki", więć nie powinniśmy się tu zawieźć. 
      W drodze na sam szczyt mediny dopingują nas grupki uczniów w swych pięknych mundurkach. Na kilku można nawet śmiało zawiesić oko, Marokanki są przepiękne. 

       

       

      Minaret w Fezie.

      Minaret w Fezie.

       

       

       

      Minaret w Fezie.

      Minaret w Fezie.

       


      Fez.

      Fez.

       

       


      Nie rozdrabniając się zbytnio ze zwiedzaniem Fezu, ruszyliśmy na lotnisko, gdzie mogłem w końcu odpocząć od całego zgiełku i zmienić sobie opatrunek. 
      Maroko ma bez wątpienia dwie twarze. Ta pierwsza serwuje europejczykom wychuchany i wykreowany wizerunek na potrzeby turystyki. Jest głośna, komercyjna, sztuczna, nagabująca turystów z piękną arabską architekturą, wielkimi miastami, minaretami i monumentalnymi meczetami. 
      Ta druga twarz jest prawdziwsza, bo choć poznana tylko z zza szyb pociągu i samochodu, to wydaje się być naturalna. Ludzie są znacznie życzliwsi, nie oczekują nic w zamian, a gościnność wychodzi po prostu z ich wnętrza. Są to góry, stepy i sahara, gdzie harmonia i spokój nadają ton całemu życiu ludności zamieszkującej te rejony. Są to wreszcie oryginalni, rdzenni Berberowie ze swą piękna tradycją i kulturą, nie tacy jakich mieliśmy okazję widzieć w Rabacie, gdzie wszystko jest na pokaz i wiąże się z zarobkiem, gdzie w jednym momencie dwóch mężczyzn przebiera się w strój berberyjski, by już po chwili wrócić w design cywilny.
      Obiecałem sobie z bratem, że jeszcze kiedyś odwiedzimy Maroko, ale Maroko z tą drugą twarzą. 

       

      Tanie noclegowanie.

      Tanie noclegowanie.
      
      

       


      Pobudka leniuchu ! W końcu Maroka nie ma się na co dzień.

      Pobudka leniuchu! W końcu Maroka nie ma się na co dzień.

       

       


      W tle góry Atlas.

      W tle góry Atlas.

       


      Zachód słońca na bezdrożach.

      Zachód słońca na bezdrożach.

       


      Marokańska lepianka.

      Marokańska lepianka.

       

       


      Marokańska herbatka (prawdziwy rytuał).

      Marokańska herbatka (prawdziwy rytuał).

       

       


      Nasz driver.

      Nasz driver.

       



      Survival po marokańsku. :)

      Survival po marokańsku. :)

       


       

      Soczysty granacik.

      Soczysty granacik.

       

       


       

      Fez.

      Fez.

       

       


      Będąc na lotnisku w Bolonii,  w drodze powrotnej mieliśmy przyjemność poznać sympatyczne Polki, które także wracały z Maroka. 
      Mając jednak półtora dnia kiblowania na lotnisku, dla dopełnienia całej wyprawy zdecydowaliśmy się na przejazd autostopem do Florencji.
      Tam prócz zwiedzania, mieliśmy okazję poznać kolejne niezwykle sympatyczne i bądź co bądź prześliczne dziewczyny (Amerykankę i dwie Meksykanki). Więc samo uzupełnienie podróży na duży plus!

       

       

      Lotnisko, czyli tanie noclegowanie.

      Lotnisko, czyli tanie noclegowanie.

       

       

       Koleżanki z lotniska.

      Koleżanki z lotniska.

       


      Przepiękna florencka katedra.

      Przepiękna florencka katedra.

       

       


       

      Katedra Santa Maria Del Fiore.

      Katedra Santa Maria Del Fiore.

       


      Dotkniesz tej bramy, a będziesz miał szczęście...

      Dotkniesz tej bramy, a będziesz mieć szczęście...

       

       

       

      Katedra Santa Maria Del Fiore.

      Katedra Santa Maria Del Fiore.

       

       

       

      Florencja.

      Florencja.

       

       

       

      Łudząco podobny do opolskiej wieży ratuszowej (Florencja).

      Łudząco podobny do opolskiej wieży ratuszowej (Florencja).

       

       


      Przeurocze nowo poznane koleżanki (od góry z lewej: Włodi, Amerykanka, Meksykanka, Rumunka; W dole: ja i Meksykanka).

      Przeurocze nowo poznane koleżanki (od góry z lewej: Włodi, Amerykanka, Meksykanka, Rumunka; W dole: ja i Meksykanka).

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      yazido-zizou
      Czas publikacji:
      piątek, 10 sierpnia 2012 00:26